Na swoich stronach spółka Gremi Business Communication Sp. z o.o. wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

REKLAMA
|
  • Warszawa
  • Białystok
  • Bydgoszcz
  • Gdańsk
  • Kalisz
  • Katowice
  • Kielce
  • Kraków
  • Lublin
  • Łódź
  • Olsztyn
  • Opole
  • Poznań
  • Rzeszów
  • Szczecin
  • Toruń
  • Wrocław
  • Zielona Góra
Tutaj jesteś: rp.pl » Wiadomości » Kraj » Służby mundurowe » Wojsko

Wojsko

Afera czołgowa w polskiej armii

Łukasz Zalesiński 02-03-2010, ostatnia aktualizacja 02-03-2010 15:39
źródło: Fotorzepa
autor: Seweryn Sołtys

Gdzie się podziały części z polskich czołgów, kto i dlaczego fałszował dokumentację, by ukryć braki - śledztwo w tej sprawie prowadzi Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Poznaniu

Śledczy najprawdopodobniej będą chcieli przesłuchać generała Waldemara Skrzypczaka, byłego Dowódcę Wojsk Lądowych.

W tej sprawie nadal jest więcej znaków zapytania niż pewników. Początki afery sięgają 2007 roku. Wówczas to 34. Brygada Kawalerii Pancernej w Żaganiu przekazuje do 2. Brygady Zmechanizowanej ze Złocieńca na Pomorzu Zachodnim 47 czołgów T-91.

Problem w tym, że maszyny są niesprawne. Obdarowana brygada kręci nosem. Czołgi jednak przyjąć musi. Do jej zwierzchników ze szczecińskiej dywizji przychodzi bowiem faks z krótkim, lecz stanowczym rozkazem. Podpisany jest przez samego Dowódcę Wojsk Lądowych, generała Waldemara Skrzypczaka. Podobny faks przychodzi do Żagania oraz Inspektoratu Wsparcia Sił Zbrojnych w Bydgoszczy.

Brygady z Żagania i Złocieńca sporządzają więc niezbędne dokumenty wraz z aneksem, gdzie spisane zostają wszystkie braki w przekazywanych maszynach. Każda ze stron dostaje swój komplet, a czołgi wędrują na Pomorze Zachodnie i trafiają wprost do magazynów.

Dwa lata później zapada decyzja, że czołgi muszą wrócić do Żagania. Dlaczego - nie wiadomo. Tu jednak zaczyna się problem. - Żagań wyciągnął dokumenty z 2007 roku, ale z zupełnie innym aneksem - mówi nasz informator z armii.

Wynikało z niego, że czołgi zdekompletowane wcale nie były. Posiadały pełne wyposażenie, choć niektóre części zostały zakwalifikowane jako zużyte. - Wybuchła awantura, bo Żagań zaczął dopytywać, co się stało z ich częściami. Problem w tym, że na aneksie, który przedstawili był tylko jeden podpis - ich - twierdzi rozmówca "Rz".

Sprawą zainteresowała się Żandarmeria Wojskowa, a następnie Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Poznaniu. Śledczy nie mówią jednak wiele. W odpowiedzi na nasze pytania, otrzymaliśmy lakoniczny komunikat. Potwierdza on, że strona przekazująca czołgi dopuściła się poświadczenia nieprawdy i sfałszowania dokumentów, co miało pomóc w ukryciu rzeczywistych braków w sprzęcie.

- Na obecnym etapie postępowania przygotowawczego wykonywane są czynności zmierzające do przedstawienia zarzutów osobom, które dopuściły się przerobienia dokumentów - wyjaśnia pułkownik Jakub Mytych, naczelnik wydziału do spraw przestępczości zorganizowanej Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.

Pytania o czołgi wysłaliśmy też do 12. Dywizji Zmechanizowanej w Szczecinie i 11. Dywizji Kawalerii Pancernej w Żaganiu (tym jednostką podlegają brygady, pomiędzy którymi wędrował sprzęt). Otrzymaliśmy jednak odpowiedź, że dopóki prowadzone jest w tej sprawie śledztwo, komentarza nie będzie. Podobnie zareagowali oficerowie prasowi Sztabu Generalnego i Dowództwa Wojsk Lądowych.

Tymczasem generał Skrzypczak, były już Dowódca Wojsk Lądowych przekonuje, że w przekazaniu czołgów nie ma niczego dziwnego. - W 2007 roku rozformowana została brygada w Wędrzynie, a jej sprzęt trzeba było rozdysponować. Przejął go Żagań, ale tam czołgów było zbyt dużo, więc część powędrowała do Złocieńca - tłumaczy.

Generał przyznaje, że sprzęt był niesprawny, bo na remonty brakuje pieniędzy. Ale zgodnie z obowiązującymi w armii zasadami, na renowację powinien czekać właśnie w jednostce, do której został przydzielony. Na tym wiedza Skrzypczaka o tej sprawie się kończy. Generał nie słyszał ani o różnicach w dokumentacji, ani też o tym, że czołgi wracają do Żagania. - To dla mnie zaskoczenie. Od pół roku jestem poza armią - mówi.

Jak udało nam się ustalić, prokuratura prawdopodobnie wezwie go na przesłuchanie. - Będzie musiał wyjaśnić pewnie sprawę faksu, ale nie sądzę, by akurat on usłyszał jakieś zarzuty - mówi nasz informator.

Afera jednak jest. - Rozwiązań może być wiele - począwszy od tego, że w wojsku panuje totalny bałagan, ktoś pogubił części, a teraz próbuje zrzucić odpowiedzialność na innych, a skończywszy na tym, że części były wyprowadzane gdzieś na lewo - podsumowuje.

rp.pl
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Business Communication. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Business Communication lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł, oddano głosów: 
Tu nas znajdziesz: DO GÓRY
Zamknij

Przeczytaj też: >>

„Tego oddziału nie było”

Bojownicy Kedywu twierdzą, że MON popełnił błąd w nazwie oddziału, którego tradycje ma przyjąć jednostka Żandarmerii Wojskowej. >>
common