Publicystyka
Pochwała peerelowskiego konformizmu
Domosławski chce nam powiedzieć: odczepcie się od Kapuścińskiego agenta, bo agent socjalizmu na frontach wojny z imperializmem to do dziś brzmi dumnie!
„Kapuściński non-fiction" – od paru tygodni trwa podniecenie wokół tej "obrazoburczej" książki. Zastanawiano się, czym zaskoczy nas autor biografii słynnego reportażysty Artur Domosławski. Sprawami lustracyjnymi, skandalami obyczajowymi? A może opowieściami o małżeństwie Ryszarda Kapuścińskiego i o jego relacjach z córką? Tajemniczo sugerowano, że niepokorna biografia nie spodoba się ani lustracyjnym inkwizytorom, ani apologetom "cesarza reportażu".
Wydana przez Świat Książki publikacja to aż 560 stron, ale czyta się ją wartko. Autor objechał pół globu i włożył w książkę wiele pracy. Pozostawię moim kolegom, specjalistom od literaturoznawstwa, ocenę fragmentów o warsztacie pisarza, o związku jego reportaży z faktami czy o micie, jaki sam wokół siebie tworzył. Moją uwagę przykuły rozdziały poświęcone karierze Kapuścińskiego w PRL i jego związkom z komunistycznymi służbami specjalnymi. Zaskakują, ale nie surowością ocen. Na odwrót – są pochwałą konformizmu życia w PRL.
Lojalny członek partii
Zacznijmy od rozdziału "W korytarzach władzy". Artur Domosławski z pytaniem o losy Ryszarda Kapuścińskiego zwraca się do ostatnich jeszcze żyjących dygnitarzy PRL. A ci pamiętają pisarza całkiem dobrze. Kapuściński pracował w "Polityce" u Mieczysława Rakowskiego – Domosławski tygodnik komunistycznych liberałów kreuje na pismo nieomal antysystemowe. Tyle tylko, że na początku lat 60. inna pezetpeerowska frakcja – "partyzantów" - zaczyna rosnąć w siłę. Kapuściński więc, jakby na złość Domosławskiemu, przepływa w jej orbitę. Zbliża się do moczarowców. Jego przyjacielem i mentorem jest partyjny aparatczyk Ryszard Frelek. Finałem będzie porzucenie "Polityki" i przejście do bliższej "partyzantom" "Kultury" w 1967 roku.
Domosławski wchodzi w skórę Kapuścińskiego z tamtych lat: "jest rozdarty między lojalnościami i przyjaźniami. Z Rakowskim pracował przez kilka lat w "Polityce", lubili się i szanowali; lecz naczelny "Polityki" i jego tygodnik zaczynają być źle widziani na szczytach władzy. Co i rusz Rakowski dostaje burę od Gomułki; szturchają go także "partyzanci" i sekretarze sekretarzy (najbardziej otwarcie Frelek) – w końcu koledzy, przyjaciele. Za blisko z Rakowskim i "Polityką" niepolitycznie. Na dodatek z Frelkiem ma Kapuściński bliskie kontakty towarzyskie, wspólne przeżycia z Indii, kumpelską sztamę; Frelek może więcej: pomóc, załatwić, już zresztą załatwiał. I nie cierpi Rakowskiego, prowadzi z naczelnym wojny podjazdowe. Kogo się trzymać?".
Marian Turski z "Polityki" wiele tłumaczy autorowi książki: "Rysiek potrafił się układać z politycznymi szefami. Nie narażał się przełożonym, dzięki czemu miał wolną rękę w wielu sprawach, mógł realizować swoje zamierzenia". Domosławski puentuje te wspomnienia pytaniem: "Czy to oportunizm? Możliwe. A może umiejętny sposób bycia, osiąganie celów". W tym, że ta druga ocena zachowania Kapuścińskiego jest prawidłowa, upewnia Artura Domosławskiego znawca tematu, inny dziennikarz "Polityki" Daniel Passent: "Takie czasy, tak się funkcjonuje, jeśli chce się pracować w tym zawodzie... Żeby coś pozytywnego zrobić, załatwić, popchnąć sprawy właściwym torem, trzeba mieć koneksje na górze. Zresztą dzisiejsze oceny są ahistoryczne; Kapuściński traktuje (wtedy) Polskę Ludową jako swój kraj; miejsce, w którym czuje się dobrze. Jest lojalnym członkiem partii. Dlaczego miałby uważać, że rozmawiając z kolegami w KC, robi cos niewłaściwego?".
Know-how kariery w PRL
Passent tłumaczy cierpliwie realia epoki, a Domosławski z wyraźnym zafascynowaniem podkreśla, że Frelek potrafił nawet "załatwić sprawy nie do załatwienia – np. wydanie w PRL "Dziennika z Boliwii" autorstwa Che Guevary".
Parę akapitów dalej autor biografii pisarza zadaje dramatyczne pytanie: "Czy Kapuściński wie – lub dowie się później – że jego polityczny patron, Frelek, przykłada rękę do antysemickiej kampanii?". W "Non-fiction" nie padnie jednak odpowiedź. Czytelnik musi domyślić się sam.













