Publicystyka
Zawiedziona miłość polskich elit
Platforma wybaczała Juszczence wszystko, bo widziała w nim polityka prounijnego, PiS - bo wszystko przesłaniał fakt, iż osobistą nienawiść do prezydenta Ukrainy zadeklarował Władimir Putin
Ukraińscy wyborcy udzielili swemu prezydentowi Wiktorowi Juszczence bardzo bolesnej lekcji – z zaledwie kilkuprocentowym wynikiem zajął on dopiero piąte miejsce w stawce kandydatów. Ale chyba jeszcze boleśniejszej lekcji udzielili w ten sposób Ukraińcy nam. Bo Wiktor Juszczenko do samego końca, mimo wszystkich apeli o opamiętanie, pozostawał dla naszych polityków jedynym partnerem branym pod uwagę w kontaktach z Ukrainą.
Chłodny Zachód
Mówiąc szczerze, polskie elity polityczne i opiniotwórcze od dawna w swym ślepym uwielbieniu dla bohatera pomarańczowej rewolucji pozostawały osamotnione. Zachód spisał go na straty już kilka lat temu, choć bez spektakularnego zerwania. Po prostu chłodna obserwacja poczynań Juszczenki jako prezydenta doprowadziła tamtejszych analityków – a za ich poradą polityków – do przekonania, iż Juszczenko, mimo otaczającej go legendy, albo nie chce zmieniać postsowieckiego systemu oligarchicznego, albo tego nie potrafi. W zachodnich publikacjach coraz wyraźniej podkreślano jego niezdolność do uprawiania skutecznej polityki, irracjonalność paraliżującego kraj konfliktu z Julią Tymoszenko, pozorność zmian ustrojowych i gospodarczych, unikanie reform, a także – last but not least – coraz wyraźniejsze ciągoty ku neofaszystowskim radykałom, odwołującym się wprost do tradycji zbrodniczego nacjonalizmu ukraińskiego Dymytro Doncowa, Romana Szuchewycza i Stepana Bandery.
Żadnej z tych spraw nie chcieli zauważać przywódcy polscy. Ignorowano, po pierwsze, fakt, iż Juszczenko nie pojawił się na Ukrainie w roku 2004, z twarzą zniszczoną trucizną, którą próbowali go wyprawić na tamten świat być może (jak to szybko przesądzono w legendzie) ludzie powiązani z rosyjskimi służbami, a być może mafia reprezentująca oligarchów skłóconych z jego protektorami. Był wcześniej prezesem Narodowego Banku Ukrainy i z nominacji prezydenta Leonida Kuczmy szefem rządu – w obu wypadkach firmował reformy, które stabilizowały wprawdzie finanse państwa i gospodarkę, ale poprzez umocnienie potęgi oligarchów.
Zarówno obserwatorzy Zachodni, jak i sami Ukraińcy, dość szybko dostrzegli w posunięciach bohatera pomarańczowej rewolucji kontynuację ówczesnych uwikłań – także personalnych. Jednych oligarchów zastąpili inni, nowe afery wyparły z pamięci stare, a obietnice składane podczas rewolucji poszły do lamusa. Zamiast bodaj prób ich zrealizowania otrzymali Ukraińcy od "pomarańczowych" wieloletnią "wojnę na górze", w której wzajemna nienawiść Juszczenki i Tymoszenko szybko przyćmiła ich konflikt z Janukowyczem.
Z zamkniętymi oczami
Za bezprzykładne poparcie i oddanie, jakie przez całą prezydenturę otrzymał ze strony Polski, odwdzięczył się nam Juszczenko w sposób osobliwy – już po poniesionej klęsce zademonstrował wierność dla ukraińskiego nacjonalizmu uhonorowaniem Bandery orderem i tytułem Bohatera Ukrainy. Dopiero ta decyzja spotkała się u nas ze zgodną dezaprobatą, także ze strony tych, którzy jeszcze kilka miesięcy temu atakowali środowiska kresowe czy ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego za "psucie atmosfery" i "szkodzenie" wzajemnym stosunkom, a bodajże i "historycznemu pojednaniu" narodów.A przecież taka pointa prezydentury nikogo nie powinna zaskakiwać, jest ona jej logicznym i konsekwentnym uwieńczeniem. Im bardziej rozczarowywał do siebie Juszczenko dotychczasowych zwolenników, im bardziej masowo odwracali się od niego dotychczasowi wyborcy, tym wyraźniej eksponował swe poparcie dla sił wywodzących się z OUN i UPA. Polskie elity kurczowo zaciskały oczy, żeby tego nie widzieć.
A sygnały alarmowe rozlegały się niemal od samego początku. Jeszcze przed rewolucją, w sierpniu 2004 roku przyszli "pomarańczowi" Juszczenki pikietowali gmachy rządowe i polską ambasadę pod hasłem "Wołyń – ukraińska ziemia", oskarżając prezydenta Kuczmę o gotowość(!) "przepraszania Polaków" za to, co według wersji OUN było "wojną domową", w której Ukraińcy bronili swojej ziemi przed polskimi "kolonizatorami".















