Kronika czasów zarazy
Jerzy Dobrowolski, „Wspomnienia moich pamiętników” − nie sądziłem, że jakakolwiek książka jest mnie jeszcze w stanie poruszyć. A od kilku dni chodzę kołowaty, jakby mnie kto solidnie walnął między oczy. Skończyłem i zacząłem od nowa.
Subotnik Ziemkiewicza - skomentuj na blogu
Książka, której, towarzysze, właściwie mogło by nie być. Ot, jakieś zapisane przez Dobrowolskiego bruliony, pourywane notatki, nie opracowane do wydania, bez sensownego początku i końca. Akurat się Roman Dziewoński uparł, żeby je zebrać do kupy i wydrukować. Gdyby nie strzeliło mu to do głowy, mogłyby zapiski Dobrowolskiego pozostać w rodzinnym archiwum, może wręcz w jakim pudle na pawlaczu.
Dobrowolski − kto spoza wąskiego środowiska teatralno-kabaretowego jeszcze dziś faceta pamięta? „Z zawodu dyrektor” z „Poszukiwany-poszukiwana” Barei, cwaniaczek z „Nie ma róży bez ognia” tegoż reżysera, „dzień dobry, jestem z Kobry”, „niestety, niestety, niestety”, „nic właśnie” − strzępki. Kabareciarz. Dzisiaj to słowo, jak wiele innych, zostało upodlone. „Kabareciarzem” nazywa mnie niedouczona miernota, wylansowana przez medialną klakę na dziennikarski autorytet, w przekonaniu, że mnie tym epitetem miażdży i unieważnia. „Kabaretem” nazywają ludzie sejmowe komisje śledcze, chcąc im w ten sposób okazać lekceważenie i pogardę. W kraju Stańczyka na śmierć zapomniano, czym tu był kabaret − kabaret Pietrzaka, Młynarskiego, Dziewońskiego, Wasowskiego i Przybory, Laskowika, no i Dobrowolskiego właśnie. W końcu, nie jedyna i nie najważniejsza z rzeczy zapomnianych. „Myśmy wszystko zapomnieli”.
„Gdybym pociągał sznury wielkich dzwonów/to biłbym, biłbym/na trwogę/ale dzwoneczkiem na błazeńskiej czapce/kogóż ja przestrzec mogę”. Więc w prywatnych, domowych zapiskach Dobrowolski zrzuca tę błazeńską czapkę Stańczyka. Zwierza się.
Właśnie od tych zwierzeń chodzę od kilku dni skołowany, porażony ich prostotą i oczywistością. „Myśmy wszystko zapomnieli”. Nie przypominam sobie równie poruszających zapisków z peerelu. Nawet „Dzienniki” Kisiela wydają się przy tym zapisie blade, błahe, bezsilne. Kisiel grzęźnie w szczegółach, kłócąc się z reżimową propagandą brnie w mało dziś zrozumiałe szczegóły. Dobrowolski, ironiczny, cięty w słowach, skrótowy, kondensuje z tego samego materiału istność ustroju, samą esencję tego − pierwsze i nieostatnie brzydkie słowo w tym tekście, ale proszę redakcję o nie poprawianie, inaczej się napisać nie da – tego kurewstwa.
Oto zapiski człowieka prawego, w prawdziwym sensie tego słowa inteligenta, zanurzonego w kurewskim, do cna załganym, do cna zdeprawowanym świecie. „Wszyscy zginęli − reszta wyjechała…” Pozostało codzienne zbydlęcenie, powszechna deprawacja, i przede wszystkim kłamstwo, kłamstwo, kłamstwo… Kłamstwo, przed którym człowiek prawy broni się rozpaczliwie jedyną dostępną mu bronią − szyderstwem, drwiną, ironią. Żartem, grającym na erudycyjnych skojarzeniach. Pigoniowskie strzelanie do wroga brylantami – tu chamskie ryje partyjnych sekretarzy, tępe gęby propagandystów, słowa jak cepy, „składnia pozbawiona uroków koniunktiwu, dialektyka oprawców, żadnej dystynkcji w rozumowaniu” – a ze strony przeciwnej tylko tych „parę prostych prawd”, broniących przed wszechzbydlęceniem i panświnizmem.
Proces księdza Jerzego (tak, księdza, nie jego morderców): „Ekstremalna działalność księdza zrodziła odrażającą zbrodnię”, powiedział peerelowski prokurator, a Dobrowolski zanotował; ja, przyznaję ze wstydem, zapomniałem. Proces sanitariuszy wrabianych w zabicie Grzegorza Przemyka. „Polsce potrzebny jest wewnętrzny spokój dla zgodnego współdziałania wszystkich patriotów w rozwiązywaniu problemów społecznych i gospodarczych” (przemówienie I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka). „Szerokie otwarcie partii na aktywne współdziałanie ze wszystkimi patriotycznymi, uznającymi realia socjalizmu siłami (przemówienie I sekretarza KC PZPR Wojciecha Jaruzelskiego). „I po co tak pierdolić, panie generale?” − Jerzy Dobrowolski.
I dalej Dobrowolski: „Boże, jak serdecznie mam tego dosyć… nie mogę wziąć do ręki gazety, wysłuchać dziennika, obejrzeć kroniki. Jeszcze straszliwie przeżyłem wprowadzenie stanu wojennego, jeszcze, już leżąc, rozpaczliwie próbowałem rękami chwytać coś w powietrzu, ale chwytałem tylko smród i gówno. Teraz nie chce mi się nawet rzygać. Nie ma nawet we mnie nienawiści, nawet nie śmieszą mnie te przemówienia, odezwy, apele. Te sztandary, wiece i krawaty. Ogarnia mnie tylko bezmierne zdumienie, że są ludzie, nawet nie ludzie pewnie − osobniki, którzy w czymś takim zdolni są uczestniczyć”. Rok 1979, 1984, 1985, 1986.
Litościwa śmierć zamknęła Jerzemu Dobrowolskiemu oczy, zanim mógł zobaczyć, jak całe to dławiące go kurestwo zdołało się przepoczwarzyć w wolną Polskę, rozchamić i rozbezczelnić w „dyskursie publicznym”, usadzić na cokole.
„Czy to była kula, synku − czy to serce pękło?”
Kurwa, nie mogę. Przepraszam. Kończę i zaczynam od nowa. To trzeba przeczytać i przeżyć − jeszcze raz.
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w
jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją,
fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o.
Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione
pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.



DRUKUJ
WYŚLIJ
Kup artykuł
GOOGLE
BLIPNIJ
STUMBLEUPON
facebook
co to jest?
