Podróże
Amsterdam - miasto okien
Zapytałam znajomych z czym kojarzy im się Amsterdam, usłyszałam: z serami, Dzielnicą Czerwonych Latarni, van Goghiem. Ktoś dodał "to miasto ludzi otwartych"
Z baru położonego nad brzegiem kanału widać wielkie rozświetlone okna kamienicy. Kuszą, by zajrzeć do wnętrza. Gwar panujący w knajpie kontrastuje ze spokojem amsterdamskich domostw, dobrze widocznych dzięki odsłoniętym zasłonom.
Za oknami pełna paleta barw, dowód smaku i dostatniego życia. W mieszkaniu po lewej stronie widzę belkowany sufit, ozdobiony wielkim złotym żyrandolem. Starocie są dobrze wkomponowane w nowoczesne wnętrze. W oddali stoi wielki drewniany stół, chyba dębowy, przylegają do niego równo ustawione czerwone krzesła, za nim jest zielona kanapa.
Bar przede mną, za nim ściana ozdobiona kilkunastoma rodzajami piw i luksusowe apartamenty po drugiej stronie. To wszystko zachwyca. Mieszkania nie wyglądają jak te umeblowane według pomysłu modnego designera. Na ich wystrój złożyły się pamiątki - dowody rodzinnych wspomnień, bogactwo i dobry gust domowników.
Kamienice w centrum Amsterdamu nie znają wyklejanych w odblaskowych kolorach reklam i billboardów z oskubanymi kurczakami na tacy. Szczycą się swoją nagością. Są smukłe, ustawione blisko siebie, ich rzędy oddzielone są wąskimi ulicami. Część z nich przecinają tory tramwajowe, które prawie stykają się z chodnikiem. Ta sympatyczna ciasnota nie przeszkadza. Brak wieżowców sprawia, że Amsterdam jest przytulnym miastem, stworzonym dla tych, którzy lubią się szwendać. Oczywiście szczególny charakter nadają mu wszędobylskie rowery. Te pozostawione przed sklepami i domami oraz te, które tworzą górę z kół, ram i kierownic przy dworcu.
Czuję, że amsterdamczycy lubią to, co ich otacza. Holandię odwiedzam późną jesienią, ale z opowiadań wiem, że latem jego mieszkańcy urządzają sobie pikniki nad brzegiem kanału, przed kamienice wynoszą ławki, na których w towarzystwie przyjaciół spędzają ciepłe wieczory. Również teraz słychać gwar na ulicach, a przed knajpkami tłok. Tym razem goście opuszczają wnętrza zmuszeni do tego zakazem palenia. Znaki z przekreślonym papierosem są nawet w coffeeshopach. Trawka tak, tytoń nie. Znalazłam kilka miejsc, w których można palić papierosy, ale nie podam ich adresu, bo to szkodzi.
Książki, kwiaty i wiatraki
Minęła godzina 21.00. Barman pyta czy podać następne piwo, przeglądam kartę. Jest taki wybór, że trudno się zdecydować. Postanawiam zmienić miejsce. Na dworze, jak przystało na prawdziwe „wiatrakowo” wita mnie chłodny wiatr. Po prawej stronie widzę pusty targ kwiatowy. Rano kupiłam tam cebulki tulipanów. Spędziłam na nim godzinę, spacerując kolorowymi alejkami. To nie jedyny bazar, który mnie zachwycił.
W południe zwiedzałam uniwersytet. Uczelnia ma bardzo długą tradycję, jej początki sięgają 1632 r. Jest jedną z największych w Europie. Uczy się w niej 28 000 studentów z różnych stron świata. Uniwersytet jest otwarty na współpracę międzynarodową i podobnie jak Amsterdam jest wielokulturowy. Polecam slajdy prezentowane na stronie cf.bc.uva.nl/photobook. Zabrałam folder z ofertą kursów wakacyjnych i wyruszyłam na poszukiwanie przytulnej kawiarni, jakich tu nie brakuje. Miałam ochotę na kawę i muffina.
Krążyłam wąskimi uliczkami, aż wyszłam na plac pełen straganów z książkami. Prawdziwy antykwariat na świeżym powietrzu. Na dłużej pochyliłam się nad starymi magazynami ze sztuką. Obok mężczyzna w długim czarnym płaszczu sprzedawał winyle. Kupiłam płytę z piosenkami nieznanego zespołu, na okładce trzech blondynów i jeden rudzielec z wąsami. W sam raz na prezent z Holandii dla kolegi kolekcjonującego czarne krążki. Sobie kupiłam kolczyki, dwie małe książeczki, dyndające teraz na moich uszach.
Wspomnienie popołudniowego spaceru na książkowym targowisku sprawiło, że wyruszyłam w stronę uliczki Raamsteeg, gdzie vis a vis antykwariatu z wystawą, na której widać pożółkłą rycinę z wizerunkiem Ernesto Che Guevary, jest Cracked Kettle, sklep z piwem, winem i innymi napitkami. Ma niesamowity klimat. Przed drzwiami ktoś postawił stary czarny zakurzony rower i lekko spróchniały pień. W środku czuję się tak, jakbym była w spiżarni. Na drewnianych półkach widać rzędy zakurzonych butelek. Piwa pochodzące z klasztornych browarów, zakończone porcelanowym kapslem doskonale nadają się na prezent i na wieczór spędzony z przewodnikiem przy planowaniu wielkiego zwiedzania, jakie zamierzam przedsięwziąć następnego dnia.














