Publicystyka
Zeszyty zamiast zabawek
W brytyjskim systemie edukacji faza przedszkolna właściwie została wchłonięta przez szkolną. Pięciolatki muszą szybko odzwyczaić się od popołudniowej drzemki, bo do godz. 15.30 mają lekcje
W ostatnich dniach naukowcy z Cambridge opublikowali wyniki badań nad brytyjskim systemem edukacji. Prace trwały aż cztery lata, a wnioski sformułowano w liczącym ponad 600 stron raporcie. Badacze doszli do wniosku, że dzieci, które później trafiają do szkoły, osiągają o wiele lepsze wyniki, niż ich wcześnie edukowani koledzy. O raporcie informowała 17 października "Rzeczpospolita", zasługuje on jednak na bardziej szczegółowe omówienie.
Polska oświata idzie właśnie pod prąd tych ustaleń i wprowadza obniżenie wieku szkolnego. Raport "Cambridge Primary Review" wydaje się w Polsce tym bardziej istotny, że Wielka Brytania jest dla naszych władz przykładem sztandarowym. W niektórych krajach europejskich dzieci idą do szkoły wcześniej niż u nas, w wieku sześciu lat, a Wielkiej Brytanii od lat pięciu. Zbliżenie do "standardów zachodnich" ma być kluczowym uzasadnieniem reformy obniżającej wiek szkolny. Warto najpierw przypatrzeć się, jakie efekty przynosi ten standard w kraju, który wprowadził go 140 lat temu.
W szkole i fabryce
Brytyjski model edukacyjny wywodzi się jeszcze z ery wiktoriańskiej, gdy szybko rozwijający się przemysł przeorganizował relacje społeczne. Wśród ludności napływającej ze wsi do miast dzieci stanowiły najtańszą siłę roboczą. Malutkie paluszki kilkuletnich robotników świetnie nadawały się do prac wymagających precyzji. Dzieci wysyłano też do robót w wąskich korytarzach kopalni i czyszczenia kominów.
Taka sytuacja budziła sprzeciw działaczy społecznych. W połowie XIX wieku wprowadzono zakaz pracy kilkulatków, a krótko później obowiązek szkolny od lat pięciu. Z drugiej strony edukację kończono już w 12. roku życia, co gwarantowało przemysłowi dalszą możliwość zatrudniania młodych robotników.
Wiek XX, z powodu zmiany podejścia do pierwszego okresu życia człowieka określany niekiedy jako wiek dzieciństwa, nie przyniósł w tym temacie większych zmian. Dzieci w Wielkiej Brytanii tak samo jak w XIX wieku szły do szkoły w wieku pięciu, a nawet czterech lat, tak jakby nadal edukacja miała je chronić przed katorżniczą pracą. Wczesny obowiązek szkolny dawał wciąż wymierną korzyść dla gospodarki: 16-letnich, gotowych do pracy, absolwentów.
Oczami czteroletniego emigranta
Brytyjski system wyróżnia się dziś również tym, że faza przedszkolna właściwie została wchłonięta przez szkolną. Dzieci zaraz po osiągnięciu pierwszego stopnia gotowości społecznej kończą dzieciństwo rozumiane jako czas beztroskiej wolności i zabawy. W brytyjskich szkołach nie dziwi widok umundurowanych czterolatków w pieluszce.
Idea, by jak najwcześniej uczyć dzieci samodzielności, doprowadziła do modelu wychowania określanego niekiedy jako zimny chów. Różnice w mentalności widać choćby po zimowym ubiorze: w Polsce nawet obce kobiety, wyczulone na krzywdę dzieci, zwracają matce uwagę, jeśli tylko maluchowi zsunie się czapka z uszu. Na Wyspach normalny jest widok matki opatulonej od stóp do głów z drepczącym obok dzieckiem w rozpiętej kurtce i nogami gołymi, ale za to umundurowanymi w szkolne skarpetki.
Ciekawe spostrzeżenia na temat społecznych konsekwencji "zimnego chowu" przysyłają nam Polacy pracujący w Wielkiej Brytanii. Ich obserwacje są potwierdzeniem wyników badań naukowców z Cambridge i każą się zastanowić nad społecznymi skutkami okrojonego dzieciństwa. "Żadna forma agresji nie będzie tolerowana" – takie hasło przewodnie brytyjskiej podstawówki zastała para lekarzy z Polski, którzy przyprowadzili do brytyjskiej szkoły swojego czteroletniego synka.
Hasło to stoi w dziwnym kontraście z naszym "Ucz się dziecko, ucz, bo nauka to potęgi klucz", okazuje się jednak w brytyjskich warunkach bardzo trafione. Chłopiec, który z warszawskiej grupy maluchów trafił do pierwszej klasy, przeżył kulturowy szok. W polskim przedszkolu pani czuwała, żeby w ciszy i spokoju zjadł kotlecik, zanim ostygnie. W brytyjskiej szkole stał się anonimowym użytkownikiem wielkiej stołówki, gdzie lunch przynosi się samemu do stolika, zjada lub nie, i odnosi tacę na miejsce. Nikt już nie dbał o poprawne nawyki żywieniowe ani o to, żeby dziecko jadło w spokoju i bez pośpiechu.













