Rozmowa "Rz"
Aż się w głowie kręci
Adam Małysz o swojej radości, walce z Ammannem i współpracy z Hannu Lepistoe, najlepszym trenerem na świecie
Tak z ręką na sercu, wierzył pan, że możliwe jest zdobycie dwóch srebrnych medali na tych igrzyskach?
W życiu bym nie przypuszczał, że tak się stanie. Wiedziałem przecież z kim przyjdzie mi tu walczyć.
Po sukcesie na normalnej skoczni mówił pan, że teraz będzie już łatwiej, bo plan został wykonany i nie wróci pan do domu z pustymi rękami. Było łatwiej?
Naprawdę tak myślałem, ale było znacznie trudniej. Na treningach zgoda, dwa razy wygrałem, ale wtedy, kiedy nie było najlepszych. Lista kandydatów do medali była tu znacznie dłuższa, do tego wiedziałem, że jak wiatr zacznie kręcić, to mogą dziać się dziwne rzeczy.
Denerwował się pan przed konkursem?
Stres był ogromny. Od rana się modliłem, żeby wiatr nie zepsuł zawodów. A jeśli już powieje, to szczęśliwie dla mnie. Jestem przekonany, że nie byłem w tych modlitwach osamotniony.
I prośby zostały spełnione. W pierwszej serii wiatr zmienił kierunek, na korzystny dla pana. Tyle, że długo czekał pan na pozwolenie na start. Hannu Lepistoe przyznał, że wychodził wtedy z nerwów...
Widziałem jak machał chorągiewką, jak gestykulował. Dawno nie był tak zdenerwowany. A jego zdenerwować, to wielka sztuka.
A pan sobie czekał spokojnie?
Nie miałem wyjścia. W takiej sytuacji mogłem tylko liczyć na to, że wiatr trochę się uspokoi i pozwolą mi na skok w korzystnych jeszcze dla mnie warunkach. Nie ma sensu się denerwować. Nogi wtedy miękną i po wszystkim, daleko nie skoczysz.
A ten drugi skok, już o medal, był trudniejszy?
Po odgłosach z dołu wiedziałem, że Schlierenzauer daleko skoczył, ale nie znałem odległości. Później swój skok zepsuł Hautamaeki i medal już miałem. W najgorszym wypadku brązowy. Warunki nie były najlepsze, nad bulą kręciło, Ammann też o tym mówił. Ale skok był udany. Moja reakcja była spontaniczna, to nie był spektakl na zamówienie. To była piękna chwila, której nie zapomnę. Od nadmiaru emocji aż kręciło się w głowie.
W Salt Lake City srebro i brąz, tu dwa srebrne medale. Można je porównać?
Ja ich nie dzielę. Każdy z nich ma swoją wartość, ale okoliczności w jakich były zdobywane różnią się, to oczywiste. Wtedy byłem faworytem, liczono, że wygram, nie dając rywalom szans. Tu byli inni faworyci, szczególnie Ammann, człowiek z innej ligi. Z nim na tych igrzyskach nie można było wygrać.
Dlaczego, bo ma te sławne już wiązania, które pomagają daleko latać?
Może i pomagają, ale nie w tym rzecz. Simon po prostu jest w znakomitej formie, do tego znalazł swoją technikę, którą wykorzystuje perfekcyjne. Kąty odbicia na progu tak się pozmieniały, że niewiele przypominają dawne skakanie. Ja też wiele zmieniłem, bo bez tych zmian nie da się daleko odlecieć. A to, że Simon zdecydował się jeszcze na te wiązania, to jego sprawa. Same wiązania jednak nie wygrywają. Tak samo jak kombinezony. Jeszcze nie tak dawno rozmawialiśmy o cudownych kombinezonach Austriaków. I co? Na razie to wielcy przegrani tych igrzysk, liczyli na znacznie więcej.
Dlaczego przegrali?
Gdyby zamiast na wiązaniach Ammanna skoncentrowali się bardziej na swoim skakaniu, zdobyliby więcej niż dwa brązowe medale. Ja o tym nie myślałem, byłem maksymalnie skoncentrowany na skokach.
Czuje się pan spełniony po zdobyciu drugiego medalu?
Przed wyjazdem mówiłem, że chcę wygrać. Wrócę z dwoma srebrnymi medalami, które oczywiście chętnie zamieniłbym na jedne złoty, ale to nie ma nic do rzeczy. Cieszę się bardzo, bo wiem, że zrobiłem wszystko, co było można. Przed igrzyskami podczas przygotowań i tu, w ich trakcie.
Co pan powiedział Ammannowi gratulując mu zwycięstwa?
Kilka miłych słów, nic więcej. To znakomity chłopak, bardzo go lubię. A to, że staje mi na drodze do złotych medali, to już inna sprawa, nic na to nie poradzę. Cieszę się, że właśnie on okazał się lepszy od legendarnego Matti Nykaenena. Obaj mają po cztery złote medale, ale Fin jeden z nich zdobył w konkursie drużynowym.















