Igrzyska w telewizji
Jazda przed kamerę
Telewizja i pieniądze kochają łyżwiarzy figurowych. Z wzajemnością – ostatnio aż za bardzo. Kto ma talent, jest kuszony: tańczyć dla medali, w rewiach, a może z gwiazdami na lodzie? Najtrudniej to pogodzić Europejczykom
Pokusa jest tak stara jak jazda figurowa. Łyżwiarze to zawsze byli sportowcy z pogranicza, trochę atleci, trochę aktorzy i baletmistrzowie. A może raczej primabaleriny. Osobowość liczy się w tej dyscyplinie nie mniej niż umiejętności. Uroda i strój dodają punktów. Publiczność jest specyficzna, mało sportowa. Wystarczy spojrzeć na bandy, częściej są na nich reklamy kosmetyków niż piwa. Oglądają kobiety, dla wielu mężczyzn to w ogóle nie jest sport.
Już Sonja Henie w latach trzydziestych pokazała, że z lodowiska do Hollywood niedaleko. Lodowe rewie nie od dziś zapewniają mistrzom dostatnie życie. Różnica polega na tym, że kiedyś to był bilet w jedną stronę. Dopóki obowiązywała reguła amatorstwa, kto zatańczył dla pieniędzy, ten już nigdy nie mógł walczyć o medale igrzysk. Dlatego wszyscy dobrzy łyżwiarze, nawet ci jeżdżący w imię sowieckich ideałów, mieli dwie kariery: pierwszą dla sportowej chwały, a po niej drugą, dla konta bankowego.
Dziś już nie trzeba czekać, wolno wszystko. Mistrz olimpijski Jewgienij Pluszczenko (na zdjęciu poniżej) nie startował przez ostatnie trzy lata. W tym czasie współprowadził rosyjską wersję programu „Gwiazdy tańczą na lodzie”, był gospodarzem show „Władca gór”, tańczył w finale Eurowizji. Szwajcar Stephane Lambiel też zrobił sobie przerwę w zdobywaniu medali – choć krótszą niż Pluszczenko – bo nie mógł wykroić czasu na mistrzostwa między występami w rewiach. Jeśli chodzi o rewie, do wynajęcia byli też m.in. trzykrotni mistrzowie świata Shen Xu i Hongbo Zhao oraz wicemistrzyni olimpijska Sasha Cohen. Wszystkich przebija jednak Amerykanin Johnny Weir, król przebieranek, łyżwiarska wersja Lady Gaga. Był już bohaterem dwóch seriali dokumentalnych, ma swoje reality show „Black Swan Rising” i propozycje kolejnych. Medal z wielkiej imprezy przywiózł tylko jeden, brązowy z MŚ w 2008 r. Liczy, że zmieni to w Vancouver.
Irina Słucka, ostatnia wielka europejska solistka, prowadziła już w Rosji kilka wersji łyżwiarskich tańców z gwiazdami. Przez jakiś czas się łudziła, że wróci. Potem urodziła dziecko i już została po tamtej stronie kamery. Sasha Cohen wróciła, ale przegrała amerykańskie eliminacje i w Vancouver nie wystąpi. Natomiast Pluszczenko i Lambiel będą walczyć o olimpijskie medale, w niedawnych mistrzostwach Europy Rosjanin zdobył złoto, a Szwajcar srebro. Trudno powiedzieć, czy to bardziej świadectwo wielkości wracających, czy słabości europejskiego łyżwiarstwa, które od ostatnich igrzysk nie wychowało żadnej nowej gwiazdy. U solistek (na zdjęciu trzykrotna i aktualna mistrzyni Europy – Włoszka Carolina Kostner) jest jeszcze gorzej, choć w tej konkurencji niżej niż Europa upadła Ameryka. Łyżwiarki z USA, które w ostatnich pięciu olimpiadach zdobyły aż osiem z piętnastu medali, od trzech lat nie stały na podium MŚ.
Niewykluczone, że wszystkie medale zabiorą z Vancouver Azjatki. Japonka Shizuka Arakawa, która cztery lata temu została pierwszą azjatycką mistrzynią olimpijską, nie broni tytułu. Po złocie w Turynie zakończyła karierę i teraz – jakżeby inaczej – zarabia w rewiach i telewizji. Ale ma następczynie. Trzy ostatnie złote medale MŚ pojechały do Azji. W 2007 wygrała Miki Ando, w 2008 r. inna Japonka Mao Asada, a w 2009 r. genialna Kim Yu-Na z Korei Południowej. To w tych krajach i w Chinach jest dziś największy łyżwiarski boom i największe pieniądze. A gdzie pieniądze, tam i najlepsi rosyjscy trenerzy. Z wymienionych gwiazd, od Arakawy po Kim, tylko ta ostatnia jechała po złoto bez rosyjskiej pomocy.
Na Dalekim Wschodzie ciągle jeszcze łyżwiarze potrafią się koncentrować na karierze sportowej. Europejscy trenerzy mówią, że praca z Azjatami to przyjemność, bo są gotowi do wyrzeczeń i mają ciała stworzone do łyżwiarstwa: szybkie mięśnie, nisko zawieszony środek ciężkości. Nawet dla Rosji zdobywa już medale Japonka Juko Kawaguczi w parze sportowej z Aleksandrem Smirnowem. Dla Kanady zatańczy na igrzyskach Patrick Chan, dla USA – Mirai Nagasu. Może to jakaś podpowiedź dla Polski. Do Vancouver wysyłamy rdzennie polską czwórkę: solistę, solistkę i parę sportową. Jak to się wzniośle mówi, jadą po naukę. Czyli są bez szans.















