Polityka
Nadzieja lewicy woli Europę
Gdy Włodzimierz Cimoszewicz zgodził się startować na sekretarza generalnego Rady Europy, w SLD uznano to nieomal za zdradę
Jutro się rozstrzygnie, czy były premier SLD i kandydat lewicy na prezydenta zostanie wybrany na to stanowisko.
Na wieść o tym, że rząd zgłosił tę kandydaturę, Marek Siwiec, europoseł SLD, napisał w blogu: "Nie dziwię się premierowi, bo tym ruchem chce wyeliminować Cimoszewicza z ewentualnej walki o prezydenturę. Tanim kosztem i odpowiednio wcześnie. Dziwię się Cimoszewiczowi, bo zgodził się dać swoje nazwisko Tuskowi w walce skazanej na przegraną".
W PO przekonują, że Cimoszewicz nie zabiegał o tę nominację u Donalda Tuska. – Był naszym pomysłem, bo spełniał dwa ważne warunki: miał wysokie kwalifikacje i umożliwiał Platformie ukłon w kierunku lewicowego elektoratu – mówi polityk z otoczenia premiera.
Profesjonalizm Cimoszewicza podkreśla też Krzysztof Lisek, europoseł PO. – Ale w działalności partyjnej trochę przypomina Andrzeja Olechowskiego – mówi. – Obaj mają trudności z podejmowaniem odważnych decyzji, wahają się, robią krok do przodu i dwa kroki w tył.
Spora część polityków PO, szczególnie z frakcji konserwatywnej, była mocno zmieszana nominacją dla prominentnego polityka SLD. Zaskoczony zapewne był też obecny szef MSZ – w 2001 r. to właśnie Cimoszewicz zablokował jego wyjazd na placówkę w Brukseli, choć Radosław Sikorski przeszedł całą procedurę wymaganą przy powoływaniu ambasadorów. Pretekstem było jego podwójne obywatelstwo.
Fatalna kampania
– Gdyby w 2005 r. Cimoszewicz włożył tyle pracy w kampanię prezydencką, ile włożył w tym roku, walcząc o fotel sekretarza generalnego Rady Europy, to już od czterech lat byłby prezydentem – wzdycha Wojciech Olejniczak, europoseł SLD. – Nawet jeżeli nie zostanie wybrany, to może powiedzieć, że zrobił wszystko, co mógł, żeby zdobyć to stanowisko. O kampanii prezydenckiej nie może tego powiedzieć.
Bo w tym roku były premier intensywnie zabiegał o głosy na swoją rzecz. Ruszył w objazd po Europie i odbył dziesiątki spotkań, żeby przekonywać europejskich polityków do swojej wizji Rady Europy.
Ale fakt, że Cimoszewicz, lewicowy kandydat zgłoszony przez prawicowy rząd, sprawił, że do końca nie było wiadomo, czy ma szanse na sukces. Z jednej strony – jak podkreślają rozmówcy "Rz" z lewicy – niecała frakcja europejskich chadeków chce na niego głosować. A z drugiej strony – socjaliści w wyścigu o stanowisko sekretarza generalnego Rady Europy mają własnego kandydata Thorbjoerna Jaglanda, byłego premiera Norwegii. Ale Cimoszewicz walczył do końca.
Kampania w 2005 r. przebiegła zupełnie inaczej. Były premier długo się zastanawiał, czy walczyć o prezydenturę. Najpierw ogłosił, że nie wystartuje, po miesiącu zmienił zdanie. Gdy walka wyborcza ruszyła na całego i w kampanii pojawiła się Anna Jarucka, była asystentka Cimoszewicza z czasów MSZ, która oskarżała go o fałszowanie oświadczeń majątkowych, kandydat lewicy na miesiąc przed wyborami uciekł z placu boju.
Olejniczak, który był wówczas szefem SLD, mówi, że Cimoszewicz od początku nie miał woli walki i dlatego wszystko skończyło się fiaskiem. – Poinformował mnie o rezygnacji z wyborów, tłumacząc, że z tej kampanii i tak nic już nie będzie, bo ataki na niego są zbyt zajadłe – opowiada Olejniczak. – Uważałem, że nie wykorzystał wszystkich szans, ale doskonale wiadomo, iż Cimoszewicz jest uparty i jeżeli podejmie decyzję, to nie da się od niej odwieść.
Na dowód uporu Cimoszewicza europoseł SLD przytacza anegdotę z czasów, gdy obaj byli ministrami w rządzie Leszka Millera. Polecieli rejsowym samolotem do Brukseli na spotkanie ministrów UE. Gdy mieli wracać, okazało się, że lotnisko w Warszawie jest zamknięte z powodu awarii elektryki.
– Czekamy godzinę, dwie i nic. Zdecydowałem, że zostaję na noc w Brukseli, kupiłem szczoteczkę do zębów, poszedłem na dobrą kolację i przenocowałem w hotelu. Nazajutrz rano spotykam na lotnisku Cimoszewicza, który całą noc czekał na samolot – śmieje się Olejniczak.
Ale w 2005 r. politykom SLD nie było do śmiechu. Jeszcze rok po niefortunnych wyborach prezydenckich, po których Cimoszewicz zaszył się w swojej leśniczówce w Puszczy Białowieskiej, nie chcieli słyszeć o jego powrocie na scenę polityczną.














