Rozmowa
Mamy przedwczesną eurosklerozę
Z Leszkiem Balcerowiczem, byłym prezesem NBP, rozmawiają Elżbieta Glapiak i Paweł Jabłoński
Rz: Zachodnie instytucje ostrzegają, że z powodu drastycznego spowolnienia nasze finanse publiczne czeka zapaść. Czy w takim momencie nie należałoby przeprowadzić drugiej reformy Balcerowicza?
Leszek Balcerowicz: Niezależnie od tego, jak je nazwiemy, to z całą pewnością jest to czas na poważne kroki. Obecny stan finansów publicznych jest najpoważniejszą przeszkodą na drodze szybkiego rozwoju polskiej gospodarki. Ta przeszkoda istnieje od lat, tyle tylko, że okresy szybkiego wzrostu, jakie nam się zdarzyły w latach 2004 – 2007, przysłoniły wcześniej tworzone problemy. Największą przeszkodą, od której biorą się następne, są niezwykle rozdęte w odniesieniu do PKB wydatki. One prowadzą do wysokich podatków, a gdy pojawia się spowolnienie, wybucha zwiększony deficyt. To jest rzecz, którą w ciągu ostatnich 20 lat najmniej udało się zreformować. Nie dlatego, że nie było tych, którzy próbowali. Okazywało się, że opór polityczny jest w tym wypadku większy niż przy prywatyzacji. Nie chcę przez to w żadnej mierze twierdzić, że zmiany są niemożliwe. Wymagają jednak stałego i umiejętnego kształtowania opinii publicznej, bo polityka fiskalna jest najbardziej polityczną częścią polityki gospodarczej. Trzeba po prostu zmniejszyć poparcie dla fiskalnego populizmu. Prywatyzacja też jest w ogniu polityki, ale na szczęście o tym, co ma zostać sprywatyzowane, nie decyduje parlament. W związku z tym nie ma blokad politycznych ani też groźby weta. Prywatyzacja zależy głównie od tego, czy na czele Ministerstwa Skarbu znajduje się ktoś, kto ma dostatecznie dużo odwagi i kompetencji i wie, po co w ogóle pracuje w tym resorcie.
Czy dotyczy to także polityki pieniężnej?
Polityka pieniężna, jeżeli jest niezależna Rada Polityki Pieniężnej, nie wymaga wielkiej odwagi, ale kompetencji i kierowania się przede wszystkim tym, co mówi konstytucja – trzymania się blisko celu inflacyjnego. W Polsce mimo spowolnienia inflacja jest od dwóch lat grubo powyżej celu, tzn. 2,5- proc. Polityka budżetowa jest tak polityczna dlatego, że prawie wszystko przechodzi przez parlament. Wniosek z tego jest taki, że właśnie przy reformach fiskalnych najwięcej trzeba się napracować nad opinią publiczną, od której ostatecznie zależy, kto i z jakimi propozycjami trafia do parlamentu. Jeżeli mamy trwale się rozwijać i unikać wybuchu kolejnych dziur budżetowych, to musimy tworzyć konserwatywno-fiskalną większość w Polsce, w polskim społeczeństwie.
Jesteśmy krajem na dorobku, dla którego dług publiczny rzędu 50 proc. PKB jest niebezpieczny. To jest odpowiednik 80 – 90 proc. długu w relacji do PKB w krajach rozwiniętych. Niepokoją mnie objawy lekceważenia tego faktu
Czy w dobie kryzysu stać rząd na powiedzenie: drogi narodzie, nie stać nas na podwyżki płac?
Ależ oczywiście, w końcu istnieje coś takiego jak szeroka odpowiedzialność. Jeśli wpędza się kraj w kryzys, to potem trzeba radykalnie ciąć wydatki. Na Litwie fundusz płac tnie się obecnie o 30 proc. Przypuszczam zresztą, że kraje bałtyckie dzięki obecnym reformom niedługo znów będą się rozwijać w tempie szybszym niż Polska. Tymczasem my nie odkręciliśmy nawet becikowego, nie zlikwidowaliśmy ulg prorodzinnych, dajemy spore podwyżki nauczycielom bez powiązania z reformami, dlatego nasze problemy mogą się potęgować. My mamy przedwczesną fiskalną europejską eurosklerozę, objawia się ona ogromnymi wydatkami socjalnymi – w konsekwencji musimy płacić wysokie podatki, a mimo to dług publiczny ciągle nam narasta. Ta euroskleroza jest rezultatem społeczno-politycznych oporów, które trzeba przezwyciężać. Republiki nadbałtyckie już poprzednio obniżyły relację wydatki do PKB o 10 punktów procentowych, teraz dzięki ostrym programom antykryzysowym zbliżą się być może do azjatyckich tygrysów, u których obciążenia budżetowe stanowią zaledwie 20 proc. PKB. Tym samym oddalą się od europejskiego modelu socjalnego, który jest niedobry dla szybkiego rozwoju krajów na dorobku. Nie powinnyśmy się wzorować na krajach Zachodu z rozdętym fiskalnie państwem, bo nawet ich na to nie stać. Zresztą nasze obciążenia fiskalno-socjalne są w relacji do PKB zdecydowanie większe niż w tych krajach wtedy, gdy miały one dochód na głowę mieszkańca taki, jaki ma obecnie Polska.






