REKLAMA
Tutaj jesteś: rp.pl » Wiadomości » Wspomnienia

Wspomnienia

Styl prezydenta niepowtarzalnego

Agnieszka Rybak 17-04-2010, ostatnia aktualizacja 17-04-2010 21:44
Lech i Maria Kaczyńscy poznali się w 1976 roku w Sopocie. Dwa lata później wzięli ślub. Na zdjęciu podczas kampanii prezydenckiej w 2005 roku
autor: Krzysztof Łokaj
źródło: Fotorzepa
Lech i Maria Kaczyńscy poznali się w 1976 roku w Sopocie. Dwa lata później wzięli ślub. Na zdjęciu podczas kampanii prezydenckiej w 2005 roku

Kiedy Marię Kaczyńską pytano, czy próbowała powstrzymać męża przed działalnością w opozycji, odpowiedziała: – To byłoby tak skuteczne, jak łapanie wiatru w walizkę

W czasach, gdy to kamery dyktują, który kandydat jest wyższy, gdy uroda zależy od poprawek w Photoshopie, a poglądy większości polityków zmieniają się w rytm sondaży – nie miał prawa wygrać.

A jednak w 2005 r. został prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej.

Dziś nawet jego przeciwnicy przyznają: miał własny, niepowtarzalny styl. Opowiadał, że już w dzieciństwie chciał zostać politykiem. Ukształtował go inteligencki Żoliborz. Matka Jadwiga Kaczyńska, polonistka, pracownik Instytutu Badań Literackich, i ojciec Rajmund Kaczyński – inżynier, wykładowca na Politechnice Warszawskiej. Ale też klimat dzielnicy i żoliborskie podwórko, na którym toczyli z bratem wojny na kamienie.

Warszawę opuścił w 1971 r., by móc kontynuować karierę naukową. Na Uniwersytecie Gdańskim udało mu się zatrudnić na Wydziale Prawa.

Już wtedy, wraz z bratem Jarosławem, mieli za sobą uczestnictwo w wydarzeniach Marca 1968 r. A potem było zaangażowanie w opozycję: Biuro Interwencji KOR, wykłady dla robotników o prawie pracy. I wreszcie karnawał „Solidarności” w 1980 r. w Stoczni Gdańskiej. Poszedł tam jako doradca, zostawiając w domu żonę z miesięczną córeczką.

Karnawał zakończył się stanem wojennym. Po blisko rocznym internowaniu powrócił do działalności w podziemnych strukturach związku. Kiedy Marię Kaczyńską pytano, czy próbowała męża powstrzymać, odpowiedziała:

– To byłoby tak skuteczne, jak łapanie wiatru w walizkę.

Tamte doświadczenia okażą się szczególnie ważne. Wyniósł z nich sympatię do późniejszych oponentów politycznych, cenił np. prof. Bronisława Geremka, z którym w wolnej Polsce bardzo się różnił. Podkreślał, że profesor od początku traktował go – wówczas ledwo 30-latka – jak partnera.

 

Uspokój się, Tytus

 

Gdy po 1989 r. sam pełnił ważne funkcje państwowe, nie bał się zatrudniać młodych. Jako prezes NIK chętnie przyjmował do pracy absolwentów elitarnej Krajowej Szkoły Administracji Publicznej, których nie chciały zatrudniać inne, oparte na układach urzędy. Kiedy w 2000 r. został ministrem sprawiedliwości, swym zastępcą uczynił 31-letniego Zbigniewa Ziobrę.

Na młodych i niezwiązanych układem partyjnym postawił także po zwycięstwie w wyborach na prezydenta Warszawy.

– Nikt nie może mu zarzucić upolitycznienia miasta. To, w jaki sposób Lech Kaczyński zebrał współpracowników do pracy w stolicy, jest tego zaprzeczeniem – mówi Mirosław Kochalski, w ratuszu jeden z jego najbliższych współpracowników, a po wyborze Kaczyńskiego na prezydenta RP – komisarz miasta.

W początkowym, najtrudniejszym okresie w stolicy zawalony był stosami dokumentów. Stres rozładowywał żartami. Z kamienną miną rugał współpracowników:

– To wszystko powinno wyglądać zupełnie inaczej! – grzmiał. – Jest oczywiste, że jako prezydent miasta stołecznego Warszawy nie powinienem robić nic innego, niż przyjmować z balkonu owacje spontanicznie gromadzących się tłumów wdzięcznych warszawian. No, w przerwach mógłbym ostatecznie przyjmować jeszcze paradną musztrę straży miejskiej. Rzecz jasna, prowadzoną osobiście przez komendanta Witolda Marczuka! – tu z udawaną powagą łypał okiem na samego komendanta.

W kontaktach ze współpracownikami wykazywał się poczuciem humoru. W czasach warszawskiej prezydentury przyprowadził w jedną z sobót do ratusza swego teriera Tytusa. Pies był spokojny, dopóki w drzwiach nie pojawił się dyrektor biura prawnego. Kaczyński ze śmiertelną powagą natychmiast wytłumaczył psu:

– Uspokój się, Tytus. My wszyscy go nie lubimy. Ale bywa pożyteczny.

Miał fenomenalną pamięć. Do faktów historycznych, dat, twarzy i nazwisk ludzi, imion ich bliskich. I do liczb. Na spotkaniu z burmistrzami dzielnic wprawiał w konsternację niechętnych mu początkowo samorządowców, kiedy bez żadnych notatek przedstawiał szczegóły budżetu. Potrafił powiedzieć do osłupiałego burmistrza:

– A w pańskiej dzielnicy wydatki na kulturę wynoszą 260 tysięcy. Dokładnie 264 tysiące.

Z Władysławem Stasiakiem urządzali sobie pojedynki na znajomość Trylogii Henryka Sienkiewicza. Obaj znali ją doskonale i obaj byli twardymi graczami. Raz wygrywał Stasiak, raz prezydent – opowiada jeden ze współpracowników.

Poprzednia
1 2
Rzeczpospolita
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł Oddano głosów:
Tu nas znajdziesz: Daj znać! DO GÓRY
Zamknij

Przeczytaj też: >>

Odszedł lojalny przyjaciel

W swoim domu w Tampa na Florydzie zmarł jeden z najsłynniejszych bokserskich trenerów Angelo Dundee. Miał 90 lat >>