Młode Kino
Miłość to energia
Rozmowa z Antonim Pawlickim, aktorem, którego możemy oglądać w filmie „Big Love”
Co by powiedziała babcia – Barbara Rachwalska – na rolę w filmie „Big Love"?
Cieszyłaby się pewnie, że podjąłem takie wyzwanie – niełatwe, ale ciekawe.
Skąd wiesz, że była osobą tak obyczajowo otwartą? Kiedy po raz pierwszy zagrała najbardziej znaną swoją rolę – matki Talarów w serialu „Dom" – nie było cię jeszcze na świecie.
To prawda, umarła, kiedy miałem dziesięć lat, więc pamiętam ją przede wszystkim jako kochającą, opiekuńczą babcię. Więcej o niej jako osobie i aktorce dowiedziałem się, kiedy pisałem pracę magisterską na jej temat. Nie narzucała swoich racji, dawała innym swobodę wyboru. Poznając jej życie, przyjrzałem się sobie. Miałem czas na zastanowienie, co jest ważne dla mnie w tym zawodzie.
A co jest?
Wyzwania, wachlarz możliwości, różnorodność.
Czy decydując się na udział w produkcji Barbary Białowąs, brałeś pod uwagę opinie ludzi bliskich, znajomych? W końcu ten film porównywany jest do „9 i pół tygodnia"...
Kiedy dostałem pierwszą wersję scenariusza, zwrócono mi uwagę na sporo scen erotycznych między parą głównych bohaterów. Wczytałem się więc w opisy i nie wstrząsnęły mną, nie odwiodły od projektu. Dla tej historii sceny te są konieczne. Bez nich scenariusz byłby niepełny. Opowiadamy przecież o niezwykle silnej więzi – uczuciowej, emocjonalnej, ale też seksualnej. To ewolucja namiętności wyznacza kolejne etapy związku Emilii i Maćka. Bez seksu, w którym się w pewnym momencie zatracają, nie byłoby zmian w ich życiu. Dlatego poświęciliśmy tym scenom tak wiele uwagi.
Jak wspominasz czas ich realizacji?
Nie powiem, że było łatwo.
W końcu coś bardzo intymnego gra się w towarzystwie całej ekipy. Jest to najzwyczajniej w świecie krępujące. Ale my rozbieraliśmy się przed kamerami nie tylko z ubrań. Emocje między bohaterami musieliśmy też, a może przede wszystkim, wygrać aktorsko.
Było ci łatwiej niż partnerce?
Może z tego powodu, że ja już takie sceny na ekranie miałem, ona nie. Ale wydaje mi się, że Ola (Hamkało – przyp. red.) od początku była świadoma, iż odważne sceny pozwalają mocniej pokazać całą historię. By taki efekt uzyskać, musieliśmy stworzyć między sobą napięcie, chociaż – wbrew temu, co widać na ekranie – nie damsko-męskie.
Myślę, że nawet gdyby Barbara Rachwalska nie do końca pochwalała swobodę erotycznych scen w tym filmie, byłaby dumna, jak wygrałeś tragedię bohatera. Dramatyczny finał sugeruje, że scenariusz czerpie z życia. Odtwarzaliście autentyczne losy?
Pisząc scenariusz, Basia (Białowąs – przyp. red.) wyciągała akta różnych spraw dotyczących morderstw w miłosnym afekcie, ale my nie przywoływaliśmy żadnych konkretnych zdarzeń czy postaci.
Interesowało nas to, co się z tymi ludźmi mogło dziać, jakie były ich reakcje.
Mieliście konsultantów?
Więziennego psychologa i panią prokurator, którzy opowiadali o zachowaniach zatrzymanych tuż po zdarzeniu, w czasie kolejnych przesłuchań i na sali rozpraw. O drobnych mimowolnych gestach i zmianach, jakie zachodziły w nich w miarę upływu czasu, kiedy w pełni docierało do nich, co się stało. Te spotkania bardzo mi pomogły.
Analizowałeś dzięki nim winę i karę. A czym jest twoim zdaniem tytułowa wielka miłość? Na ile jej wyobrażenie budowane jest dziś choćby przez takie marketingowe święto jak walentynki?
Miłość to energia. Od nas zależy, gdzie może być skierowana i czym może być. Zderzyliśmy się w tym filmie z miłością postrzeganą stereotypowo, podbarwioną przez kolorowe magazyny. Czy nie słyszy się często: „Jak oni do siebie pasują, on taki przystojny, ona piękna, tak się świetnie dogadują i pewnie będą żyli długo i szczęśliwie, będą mieli dzieci i dom na Mazurach". Tylko że ten szablon często odstaje od rzeczywistości.















