Publicystyka
Polska w oczach wywiadu sowieckiego
Zaprezentowana 1 września w Moskwie książka „Sekrety polskiej polityki” roi się od przekłamań i plotek. Większość informacji w niej podanych jest wątpliwa, dyskusyjna lub zupełnie nieprawdziwa — pisze historyk
„Sekrety polskiej polityki. Zbiór dokumentów 1935-1945” to z pewnością książka ciekawa i warta pewnej refleksji. Choć zapewne nie takiej, o jaką chodziło jej wydawcy, Służbie Wywiadu Zagranicznego Rosji.
Zbiór dokumentów wydanych pod redakcją emerytowanego generała SWR (a wcześniej funkcjonariusza KGB) Lwa Filipowicza Sockowa składa się ze wstępu i około 70 dokumentów z lat 1935-1945, mających pokazać nieznane rzekomo oblicze polskiej polityki. Dobór tych archiwaliów jest dość dziwny: zdecydowana większość z nich pochodzi z 1937 r., z pozostałych lat jest jeden dokument, kilka, albo nie ma wcale. Niezwykle ciekawy okres sojuszu niemiecko-sowieckiego (1939-1940) zupełnie pominięto.
Oczywiście historyk winien cieszyć, się, że do obrotu naukowego wchodzą kolejne, nieznane wcześniej dokumenty. Szczególnie dotyczy to ważnych dla polskiej historii dokumentów sowieckich służb specjalnych, które w ogóle nie są udostępniane polskim historykom. Ale żeby można było potraktować je poważnie i wykorzystywać w nauce, publikacja takich archiwaliów musi spełniać elementarne kryteria wiarygodności. A tak nie jest - choćby dlatego, że cała publikacja jest przygotowana niestarannie i niechlujnie.
W książce nie ma sygnatur archiwalnych, ani najprostszych informacji dotyczących pochodzenia prezentowanych dokumentów. Wiele z nich nie posiada nawet przybliżonych informacji na temat tego, kiedy w ogóle powstały. Część z nich nie posiada żadnych dat ani cech kancelaryjnych, które pozwoliłyby choć w przybliżeniu ustalić, z jakiego pochodzą okresu. Autorowi w tej materii ufać nie sposób: dokumenty dotyczące armii gen. Andersa umieścił on w rozdziale dotyczącym 1938 roku.
Są w książce SWR informacje naprawdę ciekawe. Choćby to, że w najbliższym otoczeniu min. Józefa Becka funkcjonował niezwykle groźny sowiecki agent
Nie wiadomo też, czy mamy do czynienia oryginałami, czy z odpisami sporządzonymi przez agenturę; nie jesteśmy w stanie ocenić, jak treść tłumaczeń przedkładanych Stalinowi ma się do treści ich polskich, niemieckich czy angielskich oryginałów. Tak niechlujne podejście do podstawowych zasad rzemiosła nie nastraja zbyt optymistycznie, tym bardziej, że dalej jest już tylko gorzej. W dokumentach roi się od dziur, opuszczeń, z którymi miał problem albo autor albo wcześniejsi tłumacze. W tekście znajdują się dopiski. Czy wykonano je w latach 30-tych, czy dokonano ich w redakcji?
Pojawiają się oczywiste błędy, pomyłki, poprzekręcane nazwiska. Autor opracowania nie potrafił ich skorygować, bo nie ma większego pojęcia o opisywanych w nich wydarzeniach i nie zawsze wie, o kogo chodzi. Brak mu podręcznikowej wiedzy na temat losów Polski w czasie II wojny światowej, na dodatek ma kłopoty z geografią. Pisze na przykład: „likwidacja przez hitlerowców suwerennego państwa polskiego i zamiana jego terytorium w Generalne Gubernatorstwo Trzeciej Rzeszy – to cena za porażająco krótkowzroczność polskich polityków”. Można zrozumieć, że były funkcjonariusz wywiadu KGB nie bierze pod uwagę ziem zaanektowanych przez Związek Sowiecki. Ale co z ziemiami, które nie były Generalnym Gubernatorstwem, tylko weszły w skład Rzeszy albo Litwy, a potem ZSRS?
Innym przykładem stopnia znajomości polskiej polityki przez gen. Sockowa jest także sprawa Jana Szembeka. W latach 30. należał on do grona najważniejszych polskich dyplomatów i najbliższych współpracowników Józefa Becka. Jego nazwisko mówi coś autorowi wyboru, jeśli mowa o dokumentach z lat 30-tych. Kilka lat później, pojawia się — bez żadnego przypisu czy korekty – niejaki „Kombek”, który z niczym się autorowi nie skojarzy. Gdyby Sockow mniej więcej wiedział, czym się zajmuje, wpadłby na to, że chodzi o tę samą osobę.
Jednym z najważniejszych elementów pracy historyka jest właściwa krytyka źródeł historycznych: informacje pojawiające się w dokumentach trzeba konfrontować i weryfikować. W opisywanej książce nie ma śladu próby podjęcia tego rodzaju działalności. Stąd znajdują się w niej dokumenty ciekawe, pochodzące głównie od wysoko agenta uplasowanego na szczytach polskiego MSZ, ale i całkiem bezwartościowe. Wiele innych podaje szereg informacji wątpliwych, dyskusyjnych lub zupełnie nieprawdziwych.













