Zbliżenie
Mia w krainie czarów
Z Mią Wasikowską rozmawia Barbara Hollender
Rz: Urodziła się pani w Canberze, ale ma pani polskie nazwisko, a na dodatek używa go zgodnie z polską odmianą. Wasikowska, a nie jak się przyjęło na Zachodzie – Wasikowski.
Mia Wasikowska: Moja mama jest Polką. Pochodzi ze Szczecina i przyjechała do Australii z rodziną, gdy miała 11 lat. Kiedy pojawiłam się na świecie, rodzice postanowili, że będę nosić jej nazwisko. Dla niej zresztą Polska i Europa są bardzo ważne. Więc dla mnie też.
To prawda, że jako ośmiolatka spędziła pani rok w Szczecinie?
Tak, mama jest fotografikiem i dostała w Polsce stypendium artystyczne. Pojechaliśmy do jej rodzinnego miasta, chodziłam tam nawet przez kilka miesięcy do szkoły. Dużo podróżowałyśmy, byłyśmy w Rosji, w Niemczech.
Zbliżenie - czytaj więcej Australijczycy mają chyba ogromną ciekawość świata?
Tak, bo są od niego odizolowani. Podróż dokądkolwiek za granicę jest ogromnie droga. Mieszkając w Londynie, możesz wybrać się na weekend do Paryża. Z Australii nie da się wyskoczyć na wystawę do Berlina. Australijczyk, gdy już wydostanie się z wyspy, stara się jak najdłużej zostać w Europie czy Ameryce. I zobaczyć jak najwięcej.
Jak pani zapamiętała Polskę z tamtego pierwszego pobytu?
To takie dziecięce wspomnienia. Zobaczyłam inny świat. Uderzył mnie wygląd ulic, bardzo różny od tego, do którego przyzwyczaiła mnie Australia. Ludzie też byli jakby bardziej zmęczeni, smutniejsi. Proszę pamiętać, że miałam osiem lat, niewiele rozumiałam z polityki, nie zdawałam sobie wtedy sprawy, jak ważny i trudny był ten czas dla Polski.
Polubiła pani kraj matki?
Pamiętam, że czułam się trochę samotna. Znalazłam się poza własnym środowiskiem, musiałam sobie dać radę z uczuciem obcości. Ale też było to dla mnie, dziecka jeszcze, bardzo budujące doświadczenie. Zostało mi po nim przeświadczenie, że nie wszędzie na świecie jest tak samo. Poznałam inną kulturę, która na dodatek była ważna dla mojej mamy. Nauczyłam się tolerancji, oduczyłam wypowiadać autorytarne sądy. Wracałam z mamą do Polski jeszcze kilka razy, a kultura Starego Kontynentu stała mi się bliska. W naszym domu stale mówiło się o europejskiej sztuce i europejskim kinie. U źródeł mojej aktorskiej pasji jest też „Niebieski" Krzysztofa Kieślowskiego. Kiedy obejrzałam ten film jako nastolatka, pomyślałam, że chciałabym kiedyś stać się częścią świata, który dostarcza takich wzruszeń.
To jest marzenie niejednej nastolatki. Pani się udało. Pomogli rodzice artyści?
Prawdę powiedziawszy, wzięłam wszystko we własne ręce. Ktoś mi powiedział, że w tym zawodzie nie da się zaistnieć bez agenta, więc w Internecie znalazłam adres agencji promocyjnej i posłałam tam swoje dossier. Przyjęli mnie, a po trzech latach dostałam rolę w amerykańskim serialu „Terapia".
W kinie przyniosła pani sławę „Alicja w Krainie Czarów" Tima Burtona. Jak się pani dostała do ekipy, w której byli Johnny Depp, Helena Bonham Carter, Anne Hathaway, Alan Rickman?
Wysłałam Burtonowi nagranie ze zdjęciami próbnymi i zostałam zaproszona do Anglii. Wzięłam udział w czteroetapowym przesłuchaniu, za każdym razem grałam po dwie sceny z filmu. Wracając do domu, nie wiedziałam jeszcze, czy mi się powiodło. Ale gdy wylądowałam w Australii, odebrałam telefon: „Masz rolę".
Dwa ostatnie lata to karnawał pani ról: „Alicja...", „Wszystko w porządku", „Jane Eyre", „Restless"...
Czasami naprawdę czuję się jak Alicja w krainie czarów. Pracowałam z autorami kultowych dla mnie filmów i niebywałymi aktorami: Annette Bening, Judy Dench, Johnnym Deppem, Julianne Moore. Podpatrywanie ich jest najlepszą szkołą filmową, do jakiej można trafić.
W „Jane Eyre" zagrała pani młodą kobietę, która zakochuje się w żonatym mężczyźnie, ale wszystko to dzieje się w XIX-wiecznych klimatach prozy Charlotte Bronte. Czy współczesna dziewczyna może się w takich klimatach odnaleźć?















