Zbliżenie
Superbohater z odzysku
Z Laurence'em Fishburne'em rozmawia Krzysztof Kwiatkowski
W „Contagion – Epidemii strachu", gdzie gra pan jedną z głównych ról, Steven Soderbergh pokazuje ogarniającą cały świat pandemię dziwnej choroby i panikę, która jej towarzyszy. Dla pana to był film science fiction czy realistyczny dramat społeczny? Zbliżenie - czytaj więcej
Laurence Fishburne: A czy niedawno nie mogłaby nam się przydarzyć taka historia, gdyby szybciej rozprzestrzeniała się grypa A/H1N1? Dziś nie trzeba w kinie daleko odbiegać od rzeczywistości, aby wstrząsnąć widzem. Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, jaką naszkicował Soderbergh. Amerykanie zostali ciężko doświadczeni w ostatniej dekadzie. Zrozumieli, że ład społeczny bywa kruchy, a poczucie bezpieczeństwa może pęknąć jak bańka mydlana. W czasach, kiedy informacja obiega cały glob w kilka sekund, bardzo łatwo wywołać panikę, zburzyć wszelkie istniejące układy. A zdarza się, że ludzie, którzy walczą o przeżycie, zapominają o wartościach, które dotąd były dla nich ważne.
Nie sądzi pan, że coraz częściej słychać w kinie krzyk w obronie tych tradycyjnych wartości?
Artyści powinni dziś przypominać, że w skomplikowanym świecie nie wolno gubić moralnego kompasu. W „Contagion..." Soderbergh też to robi. Mimo złożonej konstrukcji i wielowątkowości, jego film odwołuje się do podstawowych uczuć. To opowieść nie tylko o współczesnych czasach, ale i o lojalności, oddaniu, obronie ukochanych osób. Wzruszyła mnie historia małżeństwa Emhoffów granego przez Matta Damona i Gwyneth Paltrow. Mężczyzna, który traci w czasie epidemii żonę i syna, sam okazuje się na chorobę odporny, ale drży o życie pasierbicy, jedynej bliskiej osoby, jaka mu pozostała. Mój bohater z kolei jest lekarzem-naukowcem. Wie wszystko o śmiertelnym wirusie, ale długo nie wolno mu tych informacji upowszechniać. A sam też ma rodzinę, którą chce chronić. Udział w „Contagion..." stał się dla mnie fascynującą podróżą w głąb ludzkiej psychiki.
Hollywood musiało przejść długą drogę, aby rola intelektualisty i naukowca przypadła czarnemu aktorowi?
Szczęśliwie coraz częściej dostaję takie propozycje. Wcześniej zagrałem też patologa w „CSI: Kryminalnych zagadkach Las Vegas". Coraz częściej wcielam się w ludzi, którzy mają duży autorytet w otoczeniu. W wysoko wykwalifikowanych specjalistów, którzy zajmują się nie handlem narkotykami, lecz medycyną, nauką, kryminalistyką. Dlatego patrzę w przyszłość z nadzieją i optymizmem. Bo nawet jeśli świat nie jest w najlepszej kondycji, można go zmieniać.
Jako pierwszy czarnoskóry Otello należał pan do gwiazdorów przecierających Afroamerykanom drogę do sławy.
Traktuję aktorstwo trochę jak misję. Uważnie czytam scenariusze, świadomie decyduję, komu użyczyć swoją twarz. Kiedyś zakochałem się w tym zawodzie, bo marzyłem, by wcielać się w różne postaci – od kryminalisty do prezydenta. Dlatego jestem szczęśliwy, że nie muszę już nieustannie grać bandziorów. Ale dla wielu ludzi Hollywood wciąż nie jest krainą szczęśliwości. Niewiele jest na przykład dobrych ról dla ciemnoskórych kobiet. A przecież one też chcą poszerzać swoje emploi.
Jako 15-latek trafił pan do ekipy „Czasu Apokalipsy" Francisa Forda Coppoli. Wraca pan myślami do tych czasów?
Pojawiałem się na ekranie już jako dziecko, skuszony wizją 300 dolarów, które z perspektywy kiosku z cukierkami czy komiksami wydawały się majątkiem. Ale prawdziwy chrzest bojowy rzeczywiście przeżyłem u Coppoli. Trochę oszukałem na castingu, nie przyznając się do prawdziwego wieku. I nie żałuję tego drobnego kłamstwa. Do dzisiaj wrzucam czasem do odtwarzacza płytę z „Czasem Apokalipsy". Najpierw przychodzi smutek – Dennis Hopper już nie żyje, Sam Bottoms też. Ale oglądając ten film, czuję się, jakbym wertował album z liceum. To był dla mnie czas dorastania i nauki aktorskiego rzemiosła. Szalona przygoda, która wzmocniła we mnie przekonanie, że chcę przeżyć życie jako aktor.















