Publicystyka
W awangardzie medialnego postępu
W naszym kraju proces tabloidyzacji mediów jest zaawansowany bardziej niż w krajach Zachodu. To, co dzieje się w podobno siermiężnej i konserwatywnej Polsce, we frywolnej Francji byłoby nie do pomyślenia – pisze publicysta
Dwa lata temu Mika Brzezinski, ceniona amerykańska dziennikarka telewizyjna (notabene córka Zbigniewa Brzezińskiego), współprowadząca poranny program publicystyczny "Morning Joe", odmówiła zaprezentowania materiału o kolejnym ekscesie Paris Hilton przed poważnymi newsami politycznymi. Po gwałtownej wymianie zdań ze współprowadzącym i producentem usiłowała – na wizji – spalić przygotowany dla niej materiał, a następnie go podarła.
Cała sprawa odbiła się echem w USA i na całym świecie. Brzezinski otrzymała tysiące wyrazów poparcia. Po incydencie zaproszono ją do uczestnictwa w prestiżowym kongresie 21 Leaders for the 21st Century. W czasie wyborów prezydenckich głośna stała się zarówno formułowana przez nią krytyka ideologicznego poparcia, jakiego większość dziennikarzy udzieliła Barackowi Obamie, oraz wsparcie Brzezinski dla Sarah Palin, jak i fakt, że mimo to John McCain oskarżył Mikę o traktowanie nie fair jego kandydatury.
U nas takiej nie było
Jednym słowem skierowany przeciw tabloidyzacji mediów protest Brzezinski nie doprowadził oczywiście do cofnięcia tego procesu, ale też nie zakończył jej kariery, a poniekąd uczynił z niej autorytet w amerykańskim świecie medialnym. Sprawa Brzezinski przypomniała mi się, gdy zobaczyłem jeden z wakacyjnych numerów tygodnika "Wprost". Pisma, które w swej ciekawej, ponaddwudziestoletniej już historii w sensie politycznym i ideologicznym meandrowało niesłychanie, uważając się jednak – i w jakimś zakresie będąc uważane – za opiniotwórcze. W sposób mniej lub bardziej udany prowokujące formą (Lew Rywin w sedesie, Władimir Putin jako Hitler), ale zajmujące się głównie sprawami poważnymi. A jeśli nawet miejscami epatujące seksem czy – ogólnie – obyczajowością, to przynajmniej próbujące oprzeć te materiały na mniej lub bardziej pozornym newsie, mniej lub bardziej wiarygodnych badaniach socjologicznych.
Na tym tle ten numer "Wprost" stanowi novum. Okładkowy wielokolumnowy materiał (tytuł "Niemoralnik wakacyjny") na temat tego, jak kogoś poderwać na wakacjach, a zarazem nie dopuścić do zdrady partnera, nie tylko nie jest materiałem poświęconym sprawom ważnym w jakimkolwiek rozumieniu tego słowa. Nie jest też tekstem dziennikarskim – nie zawiera żadnego newsa, nie przedstawia czytelnikom żadnego faktu, który przedtem byłby im nieznany. Ot, takie sobie pisanie "spod palca" – tekst, który sprawny dziennikarz prasy kolorowej (zwanej niegdyś brukową) stworzy własnymi siłami w parę godzin, nie odchodząc od komputera.
I ten tekst stanowi czołówkę numeru. Numeru, w głębi którego znajdziemy też ważny – i zawierający nowe, niebanalne treści – wywiad z urzędującym prezydentem państwa.
Nie piszę tego wszystkiego po to, żeby znęcać się nad "Wprost" – tak jak będąc Amerykaninem, nie znęcałbym się nad "Morning Joe" ani nad stacją MSNBC, gdyby Brzezinski nie zbuntowała się i materiał o Paris Hilton został wyemitowany jako pierwszy w programie. Zastanawia mnie fakt, że w naszym kraju nie znalazł się dotąd żaden dziennikarz, który poważyłby się na tak spektakularny bunt przeciw procesowi tabloidyzacji mediów. Tabloidyzacji, której ważnym elementem jest ich postępujące zgłupienie.
Zgłupienie, przejawiające się albo – jak w sprawie Brzezinski – lansowaniem informacji bzdurnych i nieistotnych jako najważniejszych, albo tabloidowym sposobem relacjonowania debaty publicznej – zwracaniem uwagi nie na istotę konfliktu, na rzeczywiste dylematy leżące u podstaw sporu, tylko na barwne zachowania spierających się, na ataki i pomówienia.
Polska Mika Brzezinski się nie znalazła, choć w naszym kraju proces tabloidyzacji mediów jest zaawansowany bardziej niż w tzw. rozwiniętych krajach Zachodu. Znawca marketingu politycznego Eryk Mistewicz opowiadał niedawno, jak zadzwonili do niego spanikowani politycy i wysocy urzędnicy różnych opcji, pytając, co mają zrobić, bo nagle do nich wszystkich zadzwonił dziennikarz "bardzo opiniotwórczego pisma" z pytaniem, co sądzą o tatuowaniu intymnych miejsc ciała. Mistewicz, znawca francuskiego życia publicznego i medialnego, uważa, że to, co dzieje się w podobno siermiężnej i konserwatywnej Polsce, we frywolnej Francji byłoby absolutnie nie do pomyślenia.













