Chiny
Lhasa: chińskie patrole na pustych ulicach
Chińskie wojsko i oddziały uzbrojonej policji patrolują stolicę Tybetu, Lhasę, w dwa dni po starciach chińskich sił bezpieczeństwa z protestującymi Tybetańczykami. Według świadków, na których powołuje się Agencja France Presse, w Lhasie było dziś słychać strzały.
Jak podała hongkońska telewizja kablowa, do Lhasy wjechało dziś około 200 pojazdów wiozących po 40-60 uzbrojonych żołnierzy. Telewizja pokazała migawki z opustoszałego miasta.
Władze potwierdziły, że mieszkańcom Lhasy zakazano wychodzić na ulice. Z głośników dobiegały slogany wzywające do "przeciwstawienia się przemocy i utrzymania stabilności".
- Dzisiaj rano było raczej spokojnie. Policja patroluje ulice - potwierdził przedstawiciel władz miasta.
Tymczasem według świadków, na których powołuje się AFP, w Lhasie było słychać strzały.
- Słyszałem stłumione wystrzały. Nie ma co do tego wątpliwości. Przeżyłem dwie wojny w Iraku i znam ten rodzaj odgłosu - powiedział Gerald Flint, były żołnierz piechoty morskiej, a obecnie szef organizacji pozarządowej Volunteer Medics Worldwide.
Flint ocenił sytuację w Lhasie jako "nadzwyczaj chaotyczną". "Wiadomo, że naprawdę kontrolowany jest ruch ludzi. Żołnierze w pełnym rynsztunku bojowym stoją na każdym rogu ulicy. Jest mnóstwo ciężarówek" - dodał. Sprecyzował, że wojsko jest wyposażone w maski gazowe, hełmy, tarcze i broń automatyczną.
Jak dodał Flint, od godzin popołudniowych do nocy w sobotę w Lhasie było słychać "eksplozje".
Osiemdziesiąt ofiar zamieszek?
Tymczasem dane dotyczące ofiar rozruchów w Lhasie podał tybetański rząd na uchodźstwie w Dharamsali. Według rzecznika rządu, Thubtena Samphela, w dotychczasowych starciach chińskiej policji z protestującymi Tybetańczykami zginęło 80 osób, a 72 zostały ranne.
W Dharmasali na temat sytuacji w stolicy Tybetu wypowiedział się Dalajlama XIV. Duchowy przywódca Tybetańczyków stanowczo potępił "reżim strachu" narzucony jego ojczyźnie przez komunistyczne władze Chin.
Jak określił, dochodzi tam "z rozmysłem czy nie" do "ludobójstwa kulturowego", a Tybetańczycy traktowani są jak "obywatele drugiej kategorii". Dalajlama zaznaczył, że władze w Pekinie opierają swoje działania "jedynie na sile, w celu uzyskania pozorów pokoju".
Tybetański rząd emigracyjny zaapelował o wszczęcie przez Organizację Narodów Zjednoczonych śledztwa w sprawie wydarzeń z ostatnich dni w Lhasie. Oceniono, że zajścia w mieście stanowiły "jawne naruszanie praw człowieka" przez chińskie władze.















