Rozmowa "Rz"
Janukowycz jak Putin
Prezydent Ukrainy jest naśladowcą Moskwy – mówi „Rz” znany pisarz Jurij Andruchowycz
Rz: W wywiadach dla prasy w Kijowie mówił pan, że Krym i Donbas mogłyby się oddzielić od Ukrainy.
Jurij Andruchowycz: Nie zmieniłem zdania. Nie mówiłem także, że koniecznie muszą się oddzielić. Wskazałem, że warto byłoby taką opcję rozważyć. To jest pomysł na niespodziewanie lekki i cywilizowany sposób rozwiązania problemu, który przeszkadza Ukraińcom być sobą, blokuje kierunek, w jakim podążać powinien kraj. 20 jałowych lat (od uzyskania niepodległości – red.) za nami. Ukraina, jaką była, taką pozostała. Taki stan rzeczy jest zły i demoralizujący.
Ukraińcy przecież boją się podziałów.
Wypowiedziałem bardzo niepopularną myśl, która wywołała ogromną reakcję w społeczeństwie. Ale ja lubię wyrażać niepopularne, za to własne poglądy. Ukraińcy są przeciwni wielu rzeczom, choćby wejściu Ukrainy do NATO. Ja popieram członkostwo kraju w sojuszu i pozwalam sobie nie zgadzać się z wieloma Ukraińcami.
Czy nie będzie tak, że oddzielą się Iwano-Frankiwsk i Lwów, a nie Krym i Donbas?
Zachód Ukrainy się nie oddzieli. Jego sensem istnienia jest utworzenie wielkiej Ukrainy. Dla Ukraińców na zachodzie kraju istnienie Ukrainy bez stolicy w Kijowie jest absurdem. Kijów także się nie oddzieli.
Po dojściu do władzy prorosyjskiego prezydenta Wiktora Janukowycza mówił pan, że Ukrainę „zajęli okupanci”.
To nie tylko moje powiedzenie. Wielu ludzi na Ukrainie jest podobnego zdania. O tym mówią napisy na parkanach w Iwano-Frankiwsku: „Powiedz »nie« okupacji wewnętrznej”.
Nie obawia się pan, że Ukraina przestanie być ukraińska, że zniknie jej język i kultura?
Za późno na obawy. Mamy do czynienia z rzeczywistością. I nie dzieje się tak tylko za władzy Janukowycza. Ten proces sięga drugiej połowy XX w. i początku XXI. Z tą różnicą, że za prezydentury Wiktora Juszczenki w ciągu pięciu lat podejmowane były jakieś działania dotyczące ratowania języka ukraińskiego.
Co pan sądzi o Janukowyczu? Podziela pan opinie, że jest marionetką Moskwy? – W pewnym stopniu tak, ale to bardziej złożona sprawa. Jeśli nie jest marionetką, to na pewno naśladowcą, swoistym epigonem Moskwy. Dla Janukowycza ideałem jest taki system, jaki stworzył w Rosji Władimir Putin. Zbliżamy się do tego milowymi krokami.
Niepokoją pana szybkie kroki Ukrainy w kierunku Rosji?
To retoryczne pytanie. Oczywiście, że niepokoją. Każdy z takich kroków jest podejmowany jakby bez oglądania się za siebie. Kroki te kierują ukraińską państwowość w ślepą uliczkę. Ja na przykład nigdy nie myślałem, że w mojej duszy zrodzą się niemal terrorystyczne ciągotki. Że będzie mi się śniło, iż mam ustrzelić Janukowycza. Był jednak okres, gdy miałem takie sny. A przecież jestem pokojowo nastawionym człowiekiem i nie stawiam przemocy ponad wszystkimi innymi sposobami prowadzenia walki.
Czy możliwy jest powrót do władzy liderów pomarańczowej rewolucji?
Nie wierzę w to. Pod dużym znakiem zapytania jest kariera polityczna Julii Tymoszenko, nie mówiąc już o Wiktorze Juszczence, który w ogóle nie ma politycznej przyszłości. Być może nawet on sam tego nie chce. Miejsce liderów Majdanu Nezałeżnosti (gdzie w Kijowie w 2005 r. rozgrywała się pomarańczowa rewolucja – przyp. red.) w pierwszym szeregu polityków zajmą inni. Dobrze by było, gdyby tak się stało. Warto jednak zachować pomarańczowy kolor. Idea pomarańczowej rewolucji jest ważna i słuszna. To jest to, czego Ukraina potrzebuje. Kolor pomarańczowy został skompromitowany przez tych, którzy znajdowali się na pierwszym planie i pod sztandarami rewolucji. Ale to nie była wina symboliki i idei z tamtego okresu.
Ukraińcy nie stracili wiary w ideały rewolucji?
Ludzie, szczególnie Ukraińcy, są jak plastelina. Tracą wiarę i szybko ją odzyskują. Poczekajmy do jesieni. Zobaczymy, jak moi rodacy przyjmą podwyżki cen gazu, jak studenci zareagują na represje, w tym na wyrzucanie z uniwersytetów. Na ludzi trzeba naciskać, wtedy znów stają się ludźmi.
Czy Ukraińcy pamiętają o roli Polski w pomarańczowej rewolucji?















