Plus Minus

Król logiki

Portret Alfreda Tarskiego, rysowany przez Witkacego, 1936 r.
Rzeczpospolita
Alfred Tarski, choć ponad połowę życia spędził poza Polską i tam zdobył rozgłos, wracał pamięcią do lat, gdy uczeni ze szkoły lwowsko--warszawskiej dyskutowali o urodzie dowodów matematycznych z poetami Skamandra
W sierpniu 1939 roku Alfred Tarski, docent Uniwersytetu Warszawskiego, sławny już logik, matematyk i filozof, wyjeżdża z Warszawy. Cel wyjazdu nie jest niczym szczególnym wśród naukowców; Tarski zmierza na konferencję Jedności Nauki na Uniwersytecie Harvarda. Z biletem na statek, paszportem, amerykańską wizą i jedną walizką z letnimi ubraniami jedzie pociągiem do Gdyni, a następnie statkiem M/s „Piłsudski” dopływa do Ameryki. W Warszawie zostawia rodzinę, przyjaciół, kolegów i współpracowników. Dopiero po wojnie uda mu się sprowadzić żonę i dzieci do Stanów.
W Berkeley, gdzie ostatecznie zamieszka, stworzy wielki ośrodek logiki, prawdziwą mekkę, do której pielgrzymować będą logicy z całego świata. Do Warszawy już nigdy nie wróci, choć do końca życia na różne sposoby będzie wspierać Polskę i pomagać Polakom. Alfred Tarski uznawany jest za jednego z najwybitniejszych i najbardziej znanych w świecie Polaków. Był współtwórcą i główną postacią sławnej szkoły lwowsko-warszawskiej, jednym z największych logików w dotychczasowej historii ludzkości. Wyniki, jakie uzyskał, zrewolucjonizowały wiele obszarów wiedzy, szczególnie podstaw matematyki i filozofii. Przyczynił się do rozwoju metamatematyki, teorii modeli i rozmaitych systemów wnioskowania. Teoria prawdy Tarskiego uznawana jest przez wielu za arcydzieło i kamień węgielny XX-wiecznej logiki.
[srodtytul]Logiczne eldorado[/srodtytul] Dzięki ciężkiej pracy, wielkim talentom, charyzmatycznym osobowościom po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku Warszawa i Lwów wyrosły na światowe centra logiki i matematyki. W reaktywowanym Uniwersytecie Warszawskim Katedrę Filozofii przydzielono Tadeuszowi Kotarbińskiemu, a Katedry Logiki objęli Jan Łukasiewicz i Stanisław Leśniewski. W Warszawie zaczęli też pracę matematycy: Zygmunt Janiszewski, Kazimierz Kuratowski, Stefan Mazurkiewicz i Wacław Sierpiński. „Prawdopodobnie żaden inny kraj, uwzględniając liczebność jego mieszkańców, nie wniósł do logiki matematycznej i podstaw matematyki tak wiele jak Polska” – pisali Fraenkel i Bar-Hillel w 1958 roku we wstępie do książki „Foundations of Set Theory”. Z kolei dominikanin Józef M. Bocheński wspominał: „To była szkoła znakomita, sławna w całym świecie. W Monasterze Wetsfalskim były kursy języka polskiego, na których logicy uczyli się naszego języka, aby móc czytać polskich logików w oryginale. (…) Warszawa była naprawdę rodzajem logicznego eldorado, pełnego twórczych logików”. Harmonijna i owocna współpraca filozofów, logików i matematyków warszawskich budziła za granicą podziw i zazdrość. Tarski był częścią wszystkich tych trzech grup. Logiki uczył się u profesorów Łukasiewicza i Leśniewskiego, a matematyki od założycieli i liderów warszawskiej szkoły matematycznej. Jego mistrzem filozofii i wzorem człowieka był profesor Tadeusz Kotarbiński. Tarski od razu aktywnie włączył się w tworzenie wielkiej logiki w Warszawie, szybko stając się jej trzecim filarem. W 1924 roku, mając zaledwie 23 lata, uzyskał stopień doktora na podstawie pracy napisanej u Leśniewskiego. Do 1939 roku opublikował już trzy książki i 62 artykuły. Jeździł na konferencje zagraniczne, nawiązał współpracę międzynarodową, intensywnie i z zaangażowaniem tworzył polskie życie naukowe. Był już sławny. We Lwowie i w Warszawie krążyła anegdotka, że Bertrand Russell – angielski filozof i matematyk, noblista w dziedzinie literatury z 1950 roku – chcąc zaspokoić swoją potrzebę wielkości, chodzi po swoim gabinecie i ciągle powtarza: „To ja jestem Tarskim, ja jestem Tarskim…”. Wszystkie doświadczenia zdobyte w okresie warszawskim stały się punktem odniesienia, podstawą i wzorcem szkoły logiki matematycznej w Berkeley. Trafnie ujął to Jan Woleński w przedmowie do polskiego wydania biografii Tarskiego: „Żaden inny logik w Stanach Zjednoczonych nie wykształcił tylu doktorów, zwłaszcza takiej klasy (…). Bez żadnej przesady można powiedzieć, że kalifornijska szkoła logiczna (…) była przedłużeniem warszawskiej szkoły logiki i podstaw matematyki”. [srodtytul]Warszawa Tarskiego[/srodtytul] Niezwykłą historię intensywnego życia wielkiego logika opisali Anita i Solomon Feferman w książce „Alfred Tarski. Życie i logika”, której przekład opublikowały właśnie Wydawnictwa Akdemickie i Profesjonalne. Zarówno w niej, jak i w innych opracowaniach pojawiają się dwa adresy warszawskie związane z Tarskim: Koszykowa 51 i Sułkowskiego 4. Mieszkanie na Sułkowskiego 4 na Żoliborzu zakupili Tarscy w 1936 roku i mieszkali tam do wybuchu wojny. Natomiast we wszystkich zachowanych uniwersyteckich dokumentach logika widnieje jeden adres: Koszykowa 51 m. 14. Tam mieszkał najdłużej, co najmniej do 1929 roku, a do końca 1935 roku ten adres podawał w dokumentach uniwersyteckich. To z Koszykowej chodził na Klonową do Szkoły Ziemi Mazowieckiej, gdzie uzyskał świadectwo dojrzałości, a potem na uniwersytet, gdzie studiował, zrobił doktorat, a potem pracował. Przez długi czas pracy nad tłumaczeniem książki Fefermanów byliśmy przekonani, że dom został zniszczony w czasie wojny i nigdy go nie odbudowano. Informacja taka znalazła się w oryginale angielskim książki Fefermanów, gdzie zdjęcie okolic Koszykowej z 1910 roku opatrzone jest podpisem: „Kamienica pod numerem 51, w której Alfred się urodził, nie istnieje. Kilka lat po II wojnie światowej w miejscu wszystkich okolicznych budynków powstał plac Konstytucji”. Ze zdumieniem odkryliśmy, że kamienica i mieszkanie Tarskiego istnieje do dziś! Na dzisiejszej Koszykowej domu o numerze 51 nie ma, ale współczesne odniesienia i proporcje okolic placu Konstytucji nie są dobrym drogowskazem. Wytyczony w połowie ubiegłego wieku plac zniszczył układ promieniście rozchodzących się ulic i dawna Koszykowa, rozerwana placem, zmieniła całkowicie swój bieg na tym odcinku. Dawniej życie na Koszykowej toczyło się w otoczeniu całkowicie odmiennym. W drugiej połowie XIX wieku plac zawarty między obecną ulicą Śniadeckich, Koszykową i Lwowską, tak zwany trójkątny piernik, należał do Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów. Na placu między Śniadeckich a Koszykową cykliści zbudowali swój pierwszy tor letni. Zimą w „trójkątnym pierniku” mieściła się najsławniejsza warszawska ślizgawka, gdzie grywała orkiestra gwardyjskiego pułku ułanów i odbywały się „tłumne maskarady na lodzie”. Pod koniec XIX wieku teren ten intensywnie zabudowywano kamienicami. Wtedy też powstały trzypiętrowe domy przy Koszykowej, na odcinku między Marszałkowską a Lwowską, oznaczone numerami od 43 do 53. Przed rokiem 1900 powstała również kamienica przy Koszykowej 51. Właścicielem był Józef Rotbard, znany warszawski kamienicznik. W latach 1911 – 1912 frontowy budynek nadbudowano, a wokół pierwszego i drugiego podwórza postawiono pięciokondygnacyjne oficyny. Z przedwojennych budynków między Lwowską a Marszałkowską zachował się do dziś nie tylko gmach Wydziału Architektury, choć tylko ten budynek stoi bezpośrednio przy dzisiejszej ulicy Koszykowej. Na zapleczu socrealistycznej zabudowy osiedla MDM odnaleźć można pozostałości przedwojennych kamienic świadczących o pierwotnym przebiegu Koszykowej na tym odcinku. Na tyłach budynku przy dzisiejszej Koszykowej 53, w podwórku na linii gmachu Wydziału Architektury, stoi podziurawiony kulami dom numer 49 (dziś 49a). Do tego budynku przylega od zachodu pusty plac. Ślepa ściana wskazuje ślad sąsiedniej kamienicy numer 51, zburzonej w czasie budowy MDM. Ale w głębi posesji, na tyłach siedziby Instytutu Matematycznego Polskiej Akademii Nauk przy Śniadeckich 8, stoi do dziś budynek – Koszykowa 51a – zespół oficyn wokół dawnego drugiego podwórza z oficyną poprzeczną zamykającą nieistniejące dziś pierwsze podwórze. Od wojny niewiele się tu zmieniło. To samo ozdobne wejście z bramy na klatkę schodową, ta sama terakota na podłodze, kute balustrady schodów, rzeźbione drzwi. Na pierwszym piętrze znajduje się mieszkanie numer 14, o czym informuje stara tabliczka na drzwiach. To właśnie tu mieszkał Alfred Tarski. [srodtytul]Polskie sentymenty i tęsknoty[/srodtytul] O swoim życiu w Warszawie Tarski nigdy nie mówił obojętnie. W sierpniu 1939 roku długo się wahał, czy jechać na konferencję na Uniwersytet Harvarda. Decyzję podjął dosłownie w ostatniej chwili, i decyzja ta ocaliła mu życie. Pochodził z rodziny żydowskiej. Jest wielce prawdopodobne, że gdyby pozostał, wojny by nie przeżył. W sierpniu 1939 roku był przekonany, że wyjeżdża z Polski na miesiąc. Stąd ta jedna walizka z letnimi ubraniami, z którą wsiadł na statek w Gdyni. To jeszcze jedna znamienna cecha przedstawicieli polskiej szkoły: poczucie misji tworzenia wielkiej nauki w Polsce i prawdziwie głębokie przywiązanie do polskości. Tarski miał wiele powodów, by rozważać wyjazd z Polski na stałe. Trzykrotnie starał się o katedrę profesorską. Bez sukcesu. Pensja uniwersytecka nie wystarczała na życie, więc by utrzymać rodzinę, pracował jako nauczyciel matematyki w liceum Żeromskiego. Nawet w Berkeley zdarzało mu się narzekać, że gdyby nie obciążenie pracą na dwóch etatach w czasach warszawskich, zrobiłby jeszcze więcej. Nie tylko miał powody, by wyjechać, ale i takie możliwości. Jego kontakty ze światem nauki były szerokie, koledzy i współpracownicy za granicą pomogliby mu z pewnością w zaaranżowaniu pracy. Ale Tarski nie chciał wyjeżdżać z Polski. „Mały, nerwowy, został w mojej pamięci – wspominał Józef Bocheński – przede wszystkim jako niezwykłej cnoty patriota. Mało kto wie, ile uczynił dla Polaków po wojnie”. Fefermanowie bardzo podkreślają jego wielką troskę o Polskę i Polaków. Tarski starał się bardzo i robił wszystko, co możliwe, by pomagać polskiej logice i matematyce. Jego dom na Michigan Avenue był stale odwiedzany przez Polaków, których Tarski aktywnie i z zaangażowaniem sprowadzał do Berkeley. Utrzymywał bliskie kontakty z polskimi intelektualistami emigracyjnymi. Przyjaźnił się z Leszkiem Kołakowskim i Czesławem Miłoszem. To właśnie Tarski miał decydujący wpływ na zatrudnienie Miłosza na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Co więcej, to Tarski w trakcie jednej z typowo polskich kolacji powiedział mu o istnieniu dwujęzycznej, polsko-hebrajskiej wersji Tory z 1895 roku w przekładzie Cylkowa, która stała się dla Miłosza inspiracją w pracy nad „Księgą Psalmów”. Tarski śledził uważnie wydarzenia polityczne w Polsce, czytał polskie czasopisma, między innymi paryską „Kulturę”, której jedno wydanie sfinansował. Oglądając film Andrzeja Wajdy „Człowiek z żelaza”, płakał. Pasjonowało go powstanie „Solidarności” i – jak wspomina Steven Givant, uczeń Tarskiego – czasami nosił w klapie marynarki znaczek „Solidarności” (przesłany przez Komisję Zakładową NSZZ „Solidarność” Instytutu Matematycznego PAN w październiku 1980 roku). Swoim studentom i doktorantom w Berkeley nieustannie opowiadał o Warszawie i ukochanych Tatrach, którym żadne inne góry świata nie mogły dorównać. Przez stały repertuar opowiastek Tarskiego o życiu w Warszawie musiał przejść każdy, kto uczestniczył w przyjęciach organizowanych w domu Tarskich. W Ameryce przeżył 44 lata i choć angielski opanował w stopniu mistrzowskim, w domu mówił zawsze po polsku. Do końca życia pamiętał polskie wiersze, które z lubością recytował, i polskie piosenki kabaretowe okresu przedwojennego, które często nucił pod nosem. [srodtytul]Przyjęcia ze śliwowicą[/srodtytul] Tarski był człowiekiem niezwykle towarzyskim. Lubił dobrze zjeść, potrafił dużo wypić i bawić się do rana. Był pasjonatem we wszystkim, co robił. Jak wyglądało jego życie towarzyskie w Warszawie? Z pewnością było równie bogate i intensywne co życie naukowe. Można podejrzewać, że sławne parties organizowane przez Tarskich w Berkeley, z bigosem, polską szynką, śliwowicą przyrządzaną przez samego Alfreda, i legendarnym bruderszaftem, również stanowiły przedłużenie atmosfery przedwojennej Warszawy, tak jak logiczna szkoła Berkeley była przedłużeniem logicznej szkoły warszawskiej. Niestety, informacje o życiu towarzyskim Tarskiego w Warszawie są skąpe. Fefermanowie opisują jedynie znajomość Tarskiego z Leonem Chwistkiem i Witkacym, poświęcając zakopiańskiemu środowisku artystyczno-literackiemu wiele miejsca. Ale przecież i Warszawa miała swoich artystów. Po odzyskaniu niepodległości nie tylko logika, ale również polska poezja przeżywała swój bujny rozkwit. Na fali entuzjazmu i radości z odzyskanej wolności tworzyły się grupy literackie i kabarety. „Poezjo na ulicę!” – krzyczały plakaty, gdy w listopadzie 1918 roku otwierana była kawiarnia poetycka Pod Pikadorem. Do Pikadora mógł wejść każdy, prosto z ulicy, za skromną opłatą pięciu marek. Jak zaświadcza Słonimski, „nie sprzedawano tam wódki ani mięsa – była to mała cukierenka, gdzie trzeźwi poeci czytali swoje wiersze przed zupełnie przypadkową publicznością”. Jest bardzo prawdopodobne, że wśród tej publiczności był i Alfred Tarski, a jeśli był, to z pewnością nieprzypadkowo. Dużo później, w Berkeley, w rozmowie z Miłoszem z sentymentem będzie wspominał awangardowy krąg poetów z Warszawy, a szczególnie swojego ulubionego poetę Juliana Tuwima. [srodtytul]Matematyka a sztuka[/srodtytul] Intelektualna mapa przedwojennej Warszawy zdumiewa i zachwyca. Drogi, którymi chodzili poeci i naukowcy, nieustannie się splatają. W Pikadorze, w czasie wieczorów poetyckich występowali członkowie późniejszej grupy Skamander oraz aktorzy Maria Morska i Stefan Jaracz. Poeci musieli znać dobrze krąg warszawskich logików i matematyków. Słonimski w jednym ze swoich wierszy pisał o nauczycielu Tarskiego: Pan Łukasiewicz poucza,/Że nauka to odczytywanie szyfrowej depeszy/(Widać ten, co ją nadał, się śpieszył, /Bo zapomniał dodać klucza). Maria Morska, deklamatorka i „jedynaczka” Skamandra, muza Słonimskiego, później publicystka „Wiadomości Literackich”, znała wielu matematyków. Była żoną Bronisława Knastera, wybitnego matematyka i przyjaciela Tarskiego przez długie lata. Co więcej, pierwszy adres Morskiej w Warszawie to właśnie Koszykowa 51 – dom Alfreda! Iwaszkiewicz tak wspomina te czasy: „Była to epoka (…) kiedy Kuratowski i Knaster dokonywali swych największych odkryć matematycznych. Knaster marzył o swojej krzywej bez łuków, a myśmy też o tym nic nie wiedzieli i mało się tym interesowali. Pamiętam tylko jakiś cudny balik kostiumowy u Eberów, gdzie improwizowałem orientalne tańce. (…) W tej mansardzie odbywały się wszystkie dziwaczne imprezy Marii”. Być może na tych dziwacznych imprezach bywał również Tarski, przyjaciel Knastera i Kuratowskiego. O szczególnej atmosferze tych zadziwiających znajomości świadczą piękne refleksje Kazimierza Kuratowskiego na temat związków matematyki i sztuki: „W zaraniu mej twórczości naukowej, w przełomowych dla kraju latach 1918 – 1920, przyjaźniłem się z grupą poetów, moich rówieśników: Iwaszkiewiczem, Lechoniem, Słonimskim, Tuwimem. (…) Często spotykałem się z ich strony z pytaniem: na czym polega urok matematyki? Czy twórczość matematyczna dostarcza zadowolenia estetycznego, porównywalnego do przeżycia estetycznego, które towarzyszy twórczości poety, malarza, kompozytora? Pamiętam długie rozmowy toczone na ten temat – zwłaszcza z Tuwimem – w kawiarni Ziemiańskiej na Mazowieckiej. (…) Aby zostać matematykiem – zwłaszcza aby zostać wiernym matematyce przez całe życie – niewątpliwie trzeba mieć swoiste zdolności, pewną predyspozycję do matematyki. Ale to nie wystarcza. Potrzebna jest specyficzna »muzykalność« matematyczna, wrażliwość na piękno matematyki, tak jak kompozytorowi niezbędna jest wrażliwość na piękno i wewnętrzną treść muzyki. (…) Nie jest istotne to, że my, matematycy, ujmujemy nasze koncepcje w symbole matematyczne (tak bardzo odstraszające laików); symbolika ta jest dla nas jedynie narzędziem czy tworzywem dla ujmowania naszych myśli, tak jak marmur jest tworzywem dla rzeźbiarza. To, co nas zachwyca w rzeźbie, to koncepcja, myśl twórcza wykuta w marmurze. Podobne wzruszenia estetyczne przeżywamy, zapoznając się z nową prawdziwie twórczą koncepcją matematyczną (choć wyrażoną w symbolach)”. [srodtytul]Memento[/srodtytul] Tarski zmarł w Berkeley w 1983 roku. W środowisku naukowców uznawany jest za jednego z kilku najsławniejszych Polaków. Tymczasem jedynym namacalnym dowodem uznania dla Tarskiego w Warszawie jest kolumna z posągiem jego postaci w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, zapisana fragmentami z jego arcydzieła o prawdzie. Nie ma ulicy Tarskiego, nie ma szkoły imienia Tarskiego. Nawet żadna hala targowa nie szczyci się jego nazwiskiem, na podobieństwo hali Banacha znanej nawet tym, którzy o samym Banachu – jednym z największych matematyków w historii ludzkości – nigdy nie słyszeli. Ale ocalał dom Tarskiego przy Koszykowej 51. Dom szczególny, dom zadziwiający bogactwem indywidualności. Mieszkał tu nie tylko Alfred Tarski. Do wybuchu wojny w kamienicy przy Koszykowej 51 mieszkała również Janina Kotarbińska, filozof i logik szkoły warszawskiej. Tu mieszkał też Aleksander Turyn, sławny filolog klasyczny, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, postać wybitna i wielce zasłużona dla polskiej kultury. Co więcej, był to pierwszy warszawski adres Marii Morskiej, muzy Skamandra. Dom Tarskiego przetrwał wojenną pożogę i powojenną socrealistyczną przebudowę. Warto, by ten niezwykły w historii polskiej nauki i kultury budynek przetrwał i w naszej pamięci. [i]Joanna Golińska-Pilarek, adiunkt w Instytucie Filozofii UW i w Instytucie Łączności[/i] [i]Joanna Porębska-Srebrna, architekt-urbanista[/i] [i]Marian Srebrny, profesor WSH w Kielcach i docent w Instytucie Podstaw Informatyki PAN.[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL