Niemcy
Walka o symbole złączyła Polaków w Niemczech
To pierwsza od lat wspólna inicjatywa organizacji polonijnych w Niemczech. Lepszego dnia niemieccy Polacy wybrać nie mogli.
Za tydzień Angela Merkel będzie na Westerplatte, gdzie strzały z pancernika „Schleswig-Holstein” rozpoczęły napaść III Rzeszy na Polskę i II wojnę światową, organizacje polonijne apelują do kanclerz RFN o unieważnienie rozporządzenia, które anulowało polską mniejszość. Na jego mocy zlikwidowano i odebrano majątek wszystkim polskim organizacjom w Niemczech. W wyniku tego aktu aresztowano około 2 tys. ich działaczy i wymordowano w obozach koncentracyjnych.
Wprawdzie w dzisiejszych Niemczech istnieją organizacje polonijne, które kontynuują działalność poprzedniczek, jednak nie odzyskały dawnych praw wynikających właśnie z posiadania statusu mniejszości. Oznacza to m. in., że nie otrzymują od państwa niemieckiego wsparcia finansowego. Czują się co najwyżej tolerowane.
Jedną z takich organizacji jest Związek Polaków w Niemczech (ZPwN). Kiełkował już w państwie pruskim, ale formalnie powstał w 1922 r. i grupował niezależne organizacje polonijne. Do wybuchu wojny i delegalizacji jego główną siedzibą był Berlin. Ponownie został zarejestrowany w RFN w 1950 r. ZPwN ratuje swoje finanse, pobierając liche składki, te jednak nie pozwalają na realizację poważniejszych przedsięwzięć. Jego obecny szef Marek Wójcicki żartuje sarkastycznie: „Dobry Polak to milczący Polak”. Sam jest „złym Polakiem”, bo nie milczy i otwarcie domaga się przywrócenia dawnego statusu.
Torpedowanie struktur własnymi rękami
Gdy w marcu 1938 r. zwołano w berlińskim Teatrze Ludowym kongres Polaków, wzięło w nim udział aż 5 tys. delegatów. Niemiecka Polonia miała wówczas swoje struktury gospodarcze, spółki rolno-handlowe, spółdzielnie i zjednoczenia zawodowe, drukarnie, gazety, szkoły, bursy, instytucje opieki socjalnej, prężnie działające stowarzyszenia kulturalne, zespoły artystyczne, kluby sportowe. Obroty tylko jednego z berlińskich instytutów kredytowych, Banku Słowiańskiego, wyniosły na rok przed wybuchem wojny 3,3 mln reichsmarek. Kongres delegatów przeszło półtoramilionowej polskiej mniejszości w Rzeszy był gigantyczną manifestacją jedności.
Po wojnie jedności wśród Polaków w RFN już nie było i nie ma właściwie do dziś. Powstały licznie małe stowarzyszenia – od chórów przez organizacje parafialne po sportowe – ale bez przywrócenia Polakom prawa mniejszości nie miały większego znaczenia.
Do pierwszych zatargów i rozłamów wśród Polonii doszło już w 1950 r., w chwili reaktywacji ZPwN. Jego członkowie podzielili się na tych, którzy nie chcieli dialogu z komunistyczną Polską i tych, którzy optowali za współpracą. W efekcie powstał Związek Polaków Zgoda, uznany przez komunistów. Dzięki temu korzystał z różnorakich przywilejów i ułatwień w kontaktach ze starą ojczyzną.
Po bankructwie PRL animozje między Polonusami zamiast zmaleć, jeszcze bardziej się nasiliły. Gdy były prezydent Aleksander Kwaśniewski spotkał się w kolońskiej ambasadzie RP z organizacjami polonijnymi, nie było wiadomo, kto kogo reprezentuje i z kim powinien rozmawiać. Głos zabrał Janusz Marchwiński, który przedstawił się jako przewodniczący Polskiej Rady w Niemczech. Tyle że Marchwiński, wówczas 48-letni niedoszły absolwent Wydziału Aktorskiego PWSTiF w Łodzi, jedynie zagrał rolę przewodniczącego na użytek Kwaśniewskiego. Zgodnie z orzeczeniem sądu w Bonn bowiem, a także komisji rewizyjnej rady, przewodniczącym nie był. Niemieccy Polonusi mogą więc mówić o podwójnym storpedowaniu swych struktur: za sprawą hitlerowskiego rozporządzenia i cztery dekady później z własnej winy.
Penetrowane przez niemieckie MSW?
Polacy w RFN nie mieli szczęścia do swych działaczy. Pierwszą z wielu prób stworzenia organizacji „parasolowej” – zrzeszającej inne stowarzyszenia, na wzór przedwojennego Związku Polaków w Niemczech, było powołanie Kongresu Polonii Niemieckiej na zjeździe w Dortmundzie w 1992 r. Choć na jego czele stanął ksiądz dr Jerzy Sobkowiak, to nawet boska pomoc nie uchroniła go od wewnętrznych konfliktów. A kongresowcom nigdy nie udało się przejąć roli przywódców organizacji polonijnych, choć początkowo skupili w swych szeregach 40 stowarzyszeń. Skończyło się na odśpiewaniu przez ks. Sobkowiaka „Boże coś Polskę...” na sympozjum w ewangelickiej Akademii w Mühlheim/Ruhr we wrześniu 1995 r. – zjeździe przedstawicieli 80 polonijnych organizacji, od muzyków i sportowców po Związek Żołnierzy Kresowych i Polską Partię Socjalistyczną. W jego efekcie miała powstać Polska Rada w Niemczech.















