Wiadomości
Diabelska flaszka
Bernard Madoff pasował do Wall Street jak ręka złodzieja do cudzej kieszeni, lecz zwykły obywatel jest niewiele lepszy. Odsuwa ruinę gospodarczą na czas, gdy w dorosłe życie wejdą dzieci, obecnych wyborców; same sobie winne, bo jeszcze nie głosują
Siadł Sarmata na ławie i liczy. Nie zna się na pieniądzach, a chce ocenić kryzys finansowy. Wie, że trzeba zasiać, żeby zebrać i sprzedać. Czerepem szlachciury chce pojąć nowojorskich bankierów, potomków karczmarzy z rodzinnej wsi, którzy go przerastają sprytem o głowę. Albo dwie. I tak zaczyna rachunek cudzego sumienia:













