Piątek+
Zachwyt w madryckim pasażu sztuki
Jedna ulica, trzy muzea, tysiące obrazów najsłynniejszych malarzy świata – Paseo del Arte w Madrycie. Obowiązkowe miejsce spacerów miłośników sztuki
Paseo del Arte to nazwa nieoficjalna. Tak naprawdę wszystkie galerie stoją przy Paseo del Prado. Patrząc od dworca Atocha: Museo Nacional Centro de Arte Reina Sofia, Museo Nacional del Prado, Museo Thyssen-Bornemisza. Zważywszy że dzielą je odległości zaledwie kilkuset metrów, to chyba największe w Europie nagromadzenie obrazów na metr kwadratowy miasta.
Po pierwsze światło
Jedna galeria dziennie – takie jest założenie mojej wizyty w Madrycie. To i tak napięty plan. Choćby nie wiem jak się kochało sztukę, więcej zobaczyć się nie da. Nie ma bowiem bardziej męczącego zajęcia niż chodzenie po muzeach. Ta gimnastyka: przechodzenie wolnym krokiem od obrazu do obrazu, skłon w przód, by przeczytać niewielki podpis obok dzieła, wyprost, kilka kroków do tyłu (widzimy cały obraz), kilka kroków do przodu (naszą uwagę przyciągnął fragment), kilka kroków w bok do następnego płótna... Czasem trzeba jeszcze wyciągnąć szyję, by dostrzec coś ponad głowami tłumu.
Od razu trzeba powiedzieć, że piątka z plusem należy się hiszpańskim projektantom wnętrz za sposób oświetlenia obrazów. W ilu to sławnych galeriach Europy całą przyjemność oglądania psuje, a czasem w ogóle je uniemożliwia, złe oświetlenie. Albo nie widać tam znacznej części dzieła z powodu błyszczącej plamy odbitego zbyt silnego światła (i nie pomagają przysiady i wychylanie się, by plamę zgubić), albo półmrok każe wysilać wzrok, aż oczy bolą. W trzech hiszpańskich galeriach światło jest idealnie rozproszone, a obrazy niezasłonięte szybami.
Na plus trzeba zaliczyć też neutralny kolor ścian, żadnych ciemnych zieleni, bordo i tym podobnych stylizacji. Labirynt sal poukładany po bożemu, co nie znaczy, że nie można się pogubić. Jak się ktoś zagapi, niewiele pomogą mu plany i numery pomieszczeń, będzie musiał obejrzeć część kolekcji jeszcze raz.
Salvador Dali w szpitalu
Kiedy pierwszy raz stanie się na Paseo del Prado, można odnieść wrażenie, że trafiło się do piekła. Szeroki prospekt wypełnia po pięć rzędów pędzących w dwie strony aut. Ruch, hałas, spaliny, kurz. Niewiele pomagają szpalery platanów oddzielające jezdnie. Trzeba uciekać. Dobrze się składa, bo muzeum sztuki współczesnej królowej Zofii (Reina Sofia) powstało w XVIII-wiecznym szpitalu.
Prostą fasadę masywnego gmachu ożywiają jedynie dwie współczesne oszklone wieże wind. Wewnątrz wysoko sklepione korytarze otwarte są na wewnętrzny ogród niczym krużganki w klasztorze. Spokój, jakim tchną wnętrza, nasuwa wspomnienie poprzedniego przeznaczenia budynku. Wydaje się, że zza rogu wyjedzie za chwilę łóżko na kółkach z pacjentem, pchane przez siostrę w białym fartuchu i czepku.
Kolekcję stałą pomieszczoną na drugim i czwartym piętrze podzielono według okresów w sztuce: kubizm, surrealizm, awangarda lat 30. XX wieku, „sztuka po wojnie: Stany Zjednoczone i Europa”, abstrakcja. Sala po sali wędrujemy i obserwujemy przemiany w sztuce ostatniego stulecia. Obrazy uzupełniają filmy dokumentalne i fabularne (surrealistyczny „Pies andaluzyjski” spółki Luis Bunuel – Salvador Dali) oraz czarno-białe zdjęcia z epoki.
Salvador Dali pokazuje tu kilka twarzy – w „Dziewczynie w oknie” jest realistyczny i, jak zawsze, podszyty erotyzmem, w „Wielkim masturbatorze” na wskroś surrealistyczny, w „Zagadce Hitlera” surrealistyczno-symboliczny. Ale zawsze nowatorski, perfekcyjny, ironiczny. Kolejni malarze: Joan Miro, Antoni Tapies, Antonio Saura, Juan Gris, Eduardo Chillida zaświadczają, że wiek XX, a szczególnie jego pierwsza połowa, był drugim, po przełomie XVI i XVII stulecia, złotym wiekiem malarstwa hiszpańskiego.
Ale i tak większość zwiedzających przychodzi do Reina Sofia, zwabiona dziełem ikoną, nie tylko tego muzeum, ale całej hiszpańskiej sztuki – „Guernicą” Pabla Picassa.
Wielkie, 8 metrów na 3 metry, dzieło ma całą salę dla siebie. Obraz przedstawia baskijskie miasteczko zbombardowane podczas wojny domowej w 1937 r. przez lotnictwo niemieckie, wspierające generała Francisco Franco. Masywna głowa byka, oszalały z bólu zraniony koń, rozpaczający i polegli ludzie, zgliszcza. A nad wszystkim paląca jak słońce żarówka. Sugestywna wizja, która szybko stała się symbolem wszelkiego zniszczenia, gwałtu, okrucieństwa.















