Rozmaitości
Patriotka na zakupach
Dobre, bo polskie? Patriotyzm konsumencki to nośne hasło w chudych latach. Przez pięć dni sprawdzałam, czy da się zastosować w praktyce
Amerykanie do swego planu antykryzysowego włączyli program „Buy American”, a u nas za kilka tygodni wystartuje kampania „Bądźmy dumni z polskich produktów”. Ma ona „zbudować wśród Polaków postawę patriotyzmu konsumenckiego, która przyczyni się do osłabienia skutków światowego kryzysu finansowego na rynku polskim”, wyjaśniają organizatorzy akcji – firma Demo Effective Launching i Fundacja Dajesz Pracę PL, która od czterech lat przekonuje Polaków do zalet rodzimych produktów.
W czasach recesji takie akcje mają większe szanse na poparcie wśród konsumentów drżących o swoje miejsca pracy. A jak to wygląda w praktyce?
Zaczynam od dylematu
Co to jest polski produkt? Jak wynika z badań rynkowych, dla większości z nas to taki z krajową marką. Ale przecież nie będę dyskryminować zachodnich inwestorów, o których tak zabiega nasz rząd.
Na końcu długaśnych metek wszytych w cekinowe sukienki napisy w kilku językach informują, że kreacje uszyto w Chinach
Postanawiam więc, że zgodnie z opinią Adama Figla, eksperta ds. etnocentryzmu zakupowego, kupuję zarówno polskie, jak i zagraniczne marki, byle wyprodukowane w Polsce. Przez pięć dni wspieram nasze.
Dzień pierwszy
Przygodę z patriotyzmem zakupowym zaczynam od osiedlowego sklepu. Bułki, chleb, masło, maślanka, trochę sera, batonik – wszystko krajowe, ba, nawet lokalne, bo z okolic albo z samej Warszawy. Pierwsza przeszkoda przy stoisku z warzywami: mandarynki i cytryny (Hiszpania i Izrael) odpadają, podobnie jak ekwadorskie banany. Rezygnuję bez bólu.
Na szczęście w ubiegłym roku był urodzaj jabłek, więc patriotycznie mogę wybierać między glosterami, jonagoredami i ligolami. Nazwy obce, ale jabłka z polskich, a nawet mazowieckich sadów. Zastrzyk witaminy C zapewni sałatka z kiszonej kapusty (którą przed laty towarzysz Gomułka radził zastąpić deficytowe cytryny).
Wychodzę ze sklepu z przekonaniem, że etnocentryzm zakupowy to bułka z masłem. Moje przekonanie wzmacnia pobliski sklep mięsny. Kurczak? – Ależ oczywiście, że polski – odpowiada wyraźnie zaskoczony moim pytaniem sprzedawca. Polskością wieje też z chłodniczej lady, w której leżą rodzime kiełbasy i szynki o swojskich nazwach, a niektóre jeszcze z biało-czerwoną naklejką podkreślającą ich krajowe pochodzenie.
Jako zakupowa patriotka zwracam teraz uwagę, że polskością swych produktów chwali się bardzo wiele spożywczych firm. „Polskie masło” sprzedaje Mlekovita, a prawie każdy serek i butelka z mlekiem albo odwołuje się do mazurskich (lub innych, ale równie polskich) łąk i polskich krasul, albo choćby przypomina o swej polskości znakiem w naszych narodowych barwach. I nic dziwnego. Jak wynika z badań rynkowych, Polacy wysoko cenią krajową żywność.
Dzień drugi
I drugi dylemat. Psuje mi się spinka do włosów, na stoisku w pobliskim centrum handlowym próbuję kupić nową. Do wyboru jest kilkadziesiąt różnobarwnych ozdób. Jedne mniej, inne bardziej ozdobne, ale wszystkie made in Taiwan. Polskie? – Nie ma polskich spinek – wyjaśnia sprzedawczyni. W zamian proponuje gumkę. Made in China. A opaska? Tak samo.
Import z Azji (no, może via Niemcy) oglądam też na półkach sieciowej drogerii opodal, tyle że wybór nieco mniejszy. Wracam do pani ze stoiska i wybieram Tajwan. Obiecuję sobie, że przez kolejne dni nie będzie już żadnych wyjątków.
Dzień trzeci
Sklepy kuszą wyprzedażami nawet do 70 proc. Wracając z pracy, zaglądam do jednego z centrów handlowych. Z premedytacją omijam sklepy znanych globalnych marek. Szukam polskich. Zaglądam do Reserved, gdzie dwie młode Angielki grzebią wśród przecenionych sylwestrowych kreacji. Trochę dla formalności badam metki, bo i tak wiem, że właściciel sieci, giełdowa LPP, od początku zleca szycie zaprojektowanych w kraju ubrań tam, gdzie taniej. A to zwykle oznacza produkcję w Chinach, skąd pochodzi dziś większość sprzedawanych na świecie tekstyliów.
Na końcu długaśnych metek wszytych w cekinowe sukienki i bluzki napisy w kilku językach informują, że kreacje uszyto w Chinach. Rosyjski napis „Sdiełano w Kitaje” jest też na przecenionych kolorowych botkach. Nie chce mi się już zaglądać do Tatuum, Trolla czy House. Pomijając fakt, że nie jestem ich grupą docelową, wiem, że i tam trudno byłoby znaleźć na metce napis „made in Poland”.















