Publicystyka
Sterta bzdur o Okrągłym Stole
Zaproszenie opozycji do Okrągłego Stołu nie było ze strony generałów żadną łaską. Jeśli chcieli wyjść cało z katastrofy ustroju, po prostu nie mieli wyjścia
Skomentuj na blog.rp.pl/ziemkiewicz
Można było się spodziewać, że rocznica Okrągłego Stołu zostanie wykorzystana do powtórzenia po raz kolejny, jeszcze głośniej niż dotąd, rozmaitych fałszów. W istocie było gorzej, niż się na to zanosiło. Czytelnik, widz i słuchacz mediów przysypani zostali lawiną głupstw, kłamliwych stereotypów i zupełnie oderwanego od historycznych faktów samochwalstwa uczestników tamtych wydarzeń.
Składały się one na bajkę o "największym historycznym sukcesie" Polaków w XX wieku. Sukcesie odniesionym jakoby dlatego, że komunistyczni generałowie (którzy jak gdyby pojawili się dopiero w tym momencie dziejów i ich reputacji nie obciąża nic, co miało miejsce wcześniej) w poczuciu odpowiedzialności postanowili oddać władzę opozycji, a działacze tejże opozycji z nie mniejszą odpowiedzialnością powstrzymali się od zemsty i włączyli ich w proces budowania demokracji i wolnego rynku. Większość z tego, co w ostatnich dniach dotarło do Polaków w tzw. przekazie medialnym (rekordy mitotwórstwa pobite zostały podczas rocznicowej sesji w Sejmie), nie wytrzymuje jednak konfrontacji nie tylko z dokumentami, ale i ze zdrowym rozsądkiem. Dlatego, nie wgłębiając się w polemiki z poszczególnymi wypowiedziami, trzeba przypomnieć rzeczy oczywiste.
Okrągłostołowa klapa
Zacznijmy od tego, że Okrągły Stół, zważywszy na to, z jakimi zamiarami do niego siadano, nie był sukcesem, a wręcz przeciwnie – klapą. Było z nim tak samo jak z pieriestrojką Gorbaczowa: w zamyśle ostatniego sowieckiego genseka miała ona przecież uratować komunizm, dziś tymczasem świat gotów jest przyznawać mu laury za jego dobicie. Michaił Gorbaczow jest jednak o tyle uczciwszy od Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka, że to nieporozumienie uparcie prostuje. Komunistyczni generałowie zaproponowali opozycji negocjacje nie po to, żeby oddać władzę, ale po to, by się u władzy utrzymać. Chcieli, jak tłumaczył to Jaruzelski gensekowi NRD, wpuścić do przedsiębiorstwa nowych udziałowców, zachowując pakiet kontrolny. Mimo posiadanej przewagi nad partnerami negocjacji, zwłaszcza przewagi wiedzy o rzeczywistej sytuacji Polski i zamiarach Sowietów, to im się nie udało. Nie dlatego, żeby partnerzy okazali się od nich sprytniejsi, ale dlatego, iż rozkład PRL nabrał tempa, jakiego nie przewidywali w najczarniejszych snach.
Komuniści musieli się podzielić władzą dlatego, że tylko w ten sposób mogli obciążyć opozycję współodpowiedzialnością za katastrofę gospodarczą i reformy niezbędne, aby z niej wyjść.
Pierwsze sygnały, że komunizm w Polsce się kończy, wtajemniczeni odebrali już wkrótce po śmierci Breżniewa – wówczas kilkakrotnie Sowieci dali wolnemu światu wyraźny sygnał, iż są gotowi wycofać się z Europy Środkowej pod warunkiem nadania jej statusu neutralności. Oczywiście, przyczyną tego było gospodarcze załamanie "ojczyzny proletariatu" i państw przez nią kontrolowanych.
Natomiast za moment zwrotny dla dziejów PRL, od którego przesądzone było, że komuniści będą musieli zrezygnować z monopolu władzy, należy uznać przystąpienie PRL do Międzynarodowego Funduszu Walutowego w roku 1986. Od tej chwili podjęcie reformy, której kluczowy element stanowić miało urealnienie waluty, było już tylko kwestią czasu. Taka reforma zaś w oczywisty sposób musiała spowodować "wyparowanie" oszczędności Polaków i spowodować znaczny spadek poziomu ich życia.
Mądrzejszy od conducatora
Przywódcy "społecznej" strony Okrągłego Stołu uporczywie podkreślają, jak słaba była wtedy opozycja i jak to ostrzegano ich, że negocjacje z komunistami skończą się tak jak w wypadku generała Leopolda Okulickiego. Nie chcą zrozumieć, że komuniści wykorzystali to poczucie słabości, wiedząc doskonale, iż koszty, jakie muszą zostać zapłacone za naprawę gospodarki, będą tak wysokie, że po rozpoczęciu reform siłami tylko PZPR opozycja błyskawicznie nabrałaby wiatru w żagle i mogłaby stanąć na czele rozruchów po prostu zmiatających komunistów. Kompletną bzdurą jest przypisywanie generałom jako zasługi tego, że nie zdecydowali się raz jeszcze na spacyfikowanie Polski czołgami. Jaruzelski i Kiszczak wielokrotnie wcześniej dowiedli – gdy mieli taką możliwość – że strzelanie do rodaków w najmniejszym stopniu nie rani ich partyjnych sumień. Ale w drugiej połowie lat 80. obaj już wiedzieli (ta wiedza była częścią wspomnianej przewagi), że ZSRR nie przyjdzie im z pomocą.













