Publicystyka
Przeciw klątwie wykluczenia
W sferze kultury potrzeba równowagi w traktowaniu wszystkich nurtów polskiego słowa niepodległego. Docenienia na równych prawach narracyjnego geniuszu Marii Dąbrowskiej i Zofii Kossak – pisze nowy dyrektor radiowej Dwójki
W swoich wizjonerskich rozważaniach o mediach Marshall McLuhan sformułował w latach 60. tezę, że radio to „plemienny bęben”. W pierwszym momencie określenie to kojarzy się ze zdolnością wzywania do akcji za pomocą komunikatów równie prostych co przejmujących. Radio, cud techniki wieku XX, rzeczywiście stało się współtwórcą epoki ideologii i politycznej mobilizacji powszechnej. Jednak w zdolności zwoływania plemion na wojnę zostało skutecznie zdystansowane, około połowy lat 50., przez telewizję (którą z kolei wyprzedza na naszych oczach Internet).
Fascynacja możliwością „zwoływania plemion” tworzy do dziś tożsamość niektórych anten. Jednak widoczny odpływ tych fascynacji ku nowszym mediom pozwoli, być może, dostrzec głębsze potencjały radia – te, dzięki którym nie jest ono jedynie substytutem telewizji. Na ponowne odkrycie czekają te cechy, które miał na myśli sam McLuhan, gdy pisał o „plemiennym bębnie”: odczucie bezpośredniości przekazu i związana z nim szczególna zdolność tworzenia rezonansu w psychice.
Obie te cechy umożliwiły radiu wykonywanie jego, wspomnianych wyżej, misji politycznych w ubiegłym stuleciu. To jednak nie znaczy, że mogą się one wyrazić tylko w ten sposób. Sygnalizowany przez McLuhana – a znany każdemu wierniejszemu słuchaczowi radia – klimat „świata milczącego porozumienia” między człowiekiem przy mikrofonie i człowiekiem przy odbiorniku to przestrzeń tej intymności, w której łatwiej mówi się i słucha o sprawach najważniejszych, najdelikatniejszych, najwartościowszych, najtrudniejszych. Nieobecność obrazu nie jest tu już brakiem – ale przypomina i poszerza tę szczególną atmosferę, która towarzyszy rozmowom prowadzonym w półmroku: wtedy słyszy się przecież więcej i mówi inaczej.
Radio potrafi być takim salonem – w którym wraz z odchodzeniem słońca dnia dźwięk słów i muzyki staje się coraz mocniejszy. Oto sekret tworzący od zawsze podstawę atrakcyjności anten, które zamiast po prostu „wzywać do działania”, wolą w swoim półmroku otwierać umysły.
Cztery razy „nie”
W Polsce taką anteną jest radiowa Dwójka. To właśnie ona jest jedynym u nas radiem uformowanym tak, aby kultura wysoka była w nim gospodarzem, a nie gościem. Gdy podjąłem się niedawno zadania dyrektora i redaktora naczelnego tej anteny, zdałem sobie od początku sprawę z praw kardynalnych chroniących niezbędną intymność tego szczególnego kanału radia publicznego. W moim przekonaniu chronią ją przede wszystkim cztery stanowcze „nie”:
Po pierwsze: „nie” dla interesów partyjnych – ale i dla partyjnego wymiaru polityki, który jest dziś czymś oczywistym, lecz ma swe naturalne miejsce w innych kanałach „plemiennego bębna”.
Po drugie: „nie” dla bigoterii, czyli zastępowania zrozumienia i podziwu dla religijnego wymiaru kultury chrześcijańskiej rytualnymi uprzejmościami czy wręcz uniżonościami względem kościelnych instytucji lub wybranych członków eklezjalnego establishmentu.
Po trzecie: „nie” dla rewolucji kulturalnej, czyli dla ideologii dewastujących forum publiczne hasłami relatywizmu i poddania tradycji kulturowej cenzurze politycznej poprawności.
Po czwarte: „nie” dla woluntaryzmu decydentów, czyli dla tendencji do ręcznego sterowania kulturą, dla tych czy innych celów niższego rzędu.
Te cztery „nie” to jak cztery boki muru chroniącego przestrzeń, w której Dwójka może budować swoje eteryczne miasto kultury dla ludzi dojrzewających i dorosłych. Buduje je od dawna, więc pierwszą rzeczą, z którą powinien się liczyć nowy dyrektor, jest ten „plan”, który już urzeczywistnił się w co trwalszych zabudowach poszczególnych pasm i audycji. Nawet jeśli przebudowa programu to zajęcie mniej forsowne od przebudowy miasta, także i tu należy unikać niebezpieczeństwa przerostów myślenia „planistycznego” względem słusznego pragnienia stabilności i ludzkich przyzwyczajeń.
W Dwójce każdy nowy dyrektor musi więc zacząć nie od wytyczenia na ślepo nowych „ulic”, lecz od przyjrzenia się, gdzie w tym, co już jest, znajdują się punkty równowagi różnych treści oraz z dawna wydeptane ścieżki uwagi słuchaczy.














