Uganda
Grosze, które mogą zmienić czyjeś życie
Już nie chowają się przed policją. Nie szczękają zębami każdej nocy i nie martwią się o to, że od dwóch dni nic nie jadły. Już nie muszą kraść. Dzieci ulicy z Kampali trafiły na kawałek lepszego świata
1 Michael
Nawet jak na afrykańskie dzieci ulicy, ta historia jest niecodzienna. Michael Kigazi mieszkał w stolicy Ugandy – Kampali. Choć w tym wypadku słowo „mieszkał” jest chyba nie na miejscu. Bardziej odpowiednie byłoby „walczył o przetrwanie”. Był tak chudy, że przypominał żywy szkielet. Gdyby go zbadali adepci medycyny, zapewne zachodziliby w głowę, jak ktoś taki może przeżyć. Ale dzieci ulicy nie chodzą do lekarza – Michaelowi nie miał kto powiedzieć, że nie ma szans na przeżycie.
Spał, gdzie się dało, na werandach sklepów, w drewnianych kramach. Często po prostu siadał na krawężniku, naciągał sobie koszulkę na kolana i tak próbował przetrwać zimne afrykańskie noce.
W ciągu dnia codziennie widywał lecące olbrzymie jumbo jety. W końcu, z podobnymi jak on, wpadł na pomysł: „Polećmy do Ameryki. Tam na pewno nie będziemy głodni”. Problem był jeden: lotnisko międzynarodowe znajduje się jakieś 40 kilometrów od Kampali, w rozsławionym przez krwawego dyktatora Amina, Entebbe. No i trzeba trafić na samolot do Stanów Zjednoczonych, a nie np. do pogrążonego w wojnie domowej sąsiedniego Sudanu.Podróż zajęła im siedem dni.
W tym czasie żebrali i kradli. Po dotarciu na miejsce bez większych problemów przeszli przez słabo strzeżony płot wokół płyty lotniska i ukryli się w przechowalni bagażu. Właśnie tam znaleźli ich policjanci. Bili po kolanach i kostkach. Jak stawy spuchną (po uderzeniach długich drewnianych pałek puchną bardzo szybko), jedynym sposobem poruszania się jest coś pośredniego między czołganiem się a chodzeniem na czworakach. Po tygodniu wyrzucili ich z powrotem na ulicę.
Życie wróciło w stare tryby: za dnia walka o jedzenie, nocą szukanie ciepła i czekanie na wschód słońca. Któregoś dnia do grupki dzieciaków podjechał samochód, kierowca otworzył szybę i w jego dłoni błysnęła moneta 500 szylingów. To mniej więcej równowartość 90 groszy. Michael jako najodważniejszy z grupy podszedł, chwycił monetę… i wylądował w znajdującym się na zupełnym odludziu „rządowym centrum rehabilitacji”, które tak naprawdę przypomina kolonię karną.
Trafił na „ludzkich hycli” – specjalny oddział do wyłapywania dzieciaków z ulicy. Jedynym pocieszeniem było to, że monety nie oddał, a po drodze znalazł zapalniczkę. To właśnie za nią przekupił jednego ze strażników ośrodka. Po ucieczce i dotarciu do głównej drogi zatrzymał jadącą do stolicy ciężarówkę, zapłacił feralną monetą 500-szylingową i po trwającej kilka godzin podróży na pace znów znalazł się w stolicy. W ośrodku salezjańskim mieszka od trzech lat.
2 „Cinkulunku”
Na pytanie „Gdzie jest twoja mama?” chłopaki mają różne odpowiedzi: nigdy jej nie widziałem; mieszka daleko; czasem mnie odwiedza, ale jest biedna; nie żyje; była dobrą kobietą; zginęła w wypadku; troszczyła się o mnie; tęsknię za nią; czasem mnie odwiedza podczas snu; nie wiem, co się z nią stało.
– Niektórzy z nich zostali znalezieni bezpośrednio na ulicy przez któregoś z wujków (tak nazywamy opiekunów) i przywiezieni tutaj – opowiada Przemek Rogalski, student Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego i wolontariusz w Namugongo, kilkanaście kilometrów od Kampali. – Jest także część, która ma swoje domy, ale rodziny nie stać na to, by ich utrzymać i posłać do szkoły. Chłopaki jeżdżą do nich w odwiedziny tylko w wakacje. Trzecia grupa to są ci, którzy sami tu przychodzą. Mówią, że mają rodziców, tylko nie wiedzą, gdzie oni są – wyjaśnia.
Siedzimy na terenie placówki misyjnej CALM (Children and Life Mission). Mimo że to październik, jest gorąco. Bardzo gorąco – nie mam termometru, ale na pewno dobrze ponad 35 stopni. Rozmowę przerywa nam drobniutki, sześcioletni „Cinkulunku”. Bosy, ubrany w różową kurteczkę i krótkie spodenki zawzięcie stuka patykiem w metalową rurę. Tak naprawdę ma na imię Edvin – ale wymyślił, że powinien być nazywany jak prawdziwy wojownik – „Cinkulunku” – i jakoś to się przyjęło. – Chodź do nas – woła „Przemeka” (tak go tytułują chłopaki). – Hi. How are you? – zagaduje rezolutnie Edvin. Mimo że ma ledwie sześć lat, to budzi posłuch nawet wśród starszych. Jest zadziorny i nigdy nie odpuszcza.















