Tutaj jesteś: rp.pl » Styl Życia » Podróże » Świat » Azja » Tajlandia

Tajlandia

Pociągiem po moście nad rzeką Kwai

Marzena Filipczak 29-01-2009, ostatnia aktualizacja 29-01-2009 13:08
Linia kolejowa powstała szybko, ale okupiło ją życiem ponad sto tysięcy robotników
źródło: Rzeczpospolita
Linia kolejowa powstała szybko, ale okupiło ją życiem ponad sto tysięcy robotników
źródło: Rzeczpospolita
Pociąg jedzie po drewnianej konstrukcji tuż przy skale
źródło: Rzeczpospolita
Pociąg jedzie po drewnianej konstrukcji tuż przy skale

Pociąg toczy się, ledwo posuwając do przodu, po drewnianym wiadukcie. Wiadukt zbudowany na stromym urwisku, prawie przyklejony do pionowej skały, wygląda jakby zaraz miał runąć do płynącej obok rzeki

O Kanczanaburi (Kanchanaburi) zapewne nikt by nie usłyszał, gdyby nie pewien film. Miasto, jakich wiele w Tajlandii, powstałe zaledwie wiek temu, stolica prowincji o tej samej nazwie. Jedna główna ulica, dworzec, stacja kolejowa, kilka mostów na rzece. Jeden z nich to tytułowy most powieści Pierre’a Boulle’a i powstałego na jej kanwie filmu. Sława nagrodzonego siedmioma Oskarami „Mostu na rzece Kwai” przyciąga do Kanchanaburi tysiące turystów. Przyjeżdzają i… odjeżdżają rozczarowani. – Ten most jest taki normalny – mówią. Cóż, historii nie da się zobaczyć.

Prawdziwy i filmowy

Położone malowniczo wśród gór i pól trzciny cukrowej miasto w czasie II wojny światowej miało odegrać bardzo dużą rolę. Okupujący te tereny Japończycy planowali inwazję na brytyjskie Indie. Szukając drogi, która skróciłaby dostawy wojska i sprzętu do Indii, postanowili wybudować kolej łączącą Tajlandię z Birmą. Prace ruszyły w 1942 r. równocześnie po obu stronach granicy. 415-kilometrowa trasa została wytyczona przez dziewiczą, trudno dostępną puszczę w dolinie rzeki Kwai.

Japońscy inżynierowie zakładali, że budowa potrwa pięć lat. Armia uporała się z nią w 16 miesięcy, zmuszając do pracy 200 tys. miejscowych robotników i ok. 60 tys. jeńców alianckich. Przy tym do wykuwania skał robotnicy mieli tylko prymitywne narzędzia i własne ręce. Ginęli dziesiątkowani upałem, tropikalnymi chorobami, morderczą pracą i torturami. Szacuje się, że w czasie budowy zmarło około 16 tys. jeńców i 100 tys. miejscowych. Linia szybko zyskała nazwę Death Railway – kolei śmierci.

Tak naprawdę na rzece Kwai w czasie wojny powstały dwa mosty. Pierwszy, drewniany, był tymczasowy, drugi zbudowano ze stalowych elementów sprowadzonych z Jawy. Jednak żaden z nich nie był mostem „filmowym”. Znacznie krótsza, drewniana konstrukcja została wybudowana na potrzeby scenariusza na Sri Lance. W finale filmu most zaraz po zbudowaniu wysadzili komandosi. W rzeczywistości on i cała linia służyły Japończykom przez dwa lata.

Dzisiaj z linii śmierci pozostał odcinek o długości ok. 130 km, który jest częścią trasy kolejowej z Bangkoku do położonego na zachodzie miasteczka NamTok. Część mostu zniszczyły w 1945 r. alianckie bomby. Tajowie trasę odbudowali, resztę pozostawiając oryginalną.

Pochowałem go w pośpiechu, wciskając do worka

Most znajduje się około trzech kilometrów na północ od centrum miasta. Kiedy się tu dotrze pustą nadrzeczną ulicą, wydaje się, jakby się przeniosło na środek ruchliwego bazaru. Ze stoisk pod gołym niebem Tajowie sprzedają koszulki, czapeczki, kubki, obrazki z widokiem mostu. Kobiety wciskają przybyszom do rąk świeżo obrane ananasy, pokrojone w plastry mango, zapakowane w foliowe woreczki soki. Na stację wjeżdża mały, turystyczny pojazd ciągnięty przez żółtą lokomotywę, z którego wysypuje się tłum turystów. Zanim ruszą w krótką przejażdżkę tam i z powrotem, wszyscy chcą zrobić zdjęcie tablicy z napisem „River Kwai Bridge”.

Most wygląda normalnie – betonowe podpory, metalowe przęsła. Tyle że te zbudowane w czasie wojny i odtworzone po niej różnią się kształtem – jedne są bardzie owalne, drugie – kanciaste. Ludzie chodzą po nim w tę i z powrotem i aż dziw bierze, że nikt jeszcze nie spadł. Podkłady tylko między torami przykryte są metalowym chodnikiem. Ale to mniej niż metr szerokości, nie ma więc szans, by się na nim minęły dwie osoby. Jedna musi zejść poza szynę, na drewniane podkłady, między którymi widać płynącą dołem rzekę.

Obok zorganizowano muzeum II wojny światowej, z którego tarasu rozciąga się świetny widok na okolicę. Poza tym nazwa jest trochę myląca, bo w środku są wystawy mieszające kilka okresów historycznych i pojęć. Obok replik używanej w czasie wojny broni, pokaźnych rozmiarów figur Hitlera i Stalina zobaczymy tradycyjne wyroby ceramiczne, portrety królów, a nawet zbiór znaczków pocztowych.

Bardziej przejmujące są dwie inne instytucje – położone w centrum miasta Thailand Burma Railway Centre i prowadzone przez mnichów muzeum JEATH, którego nazwa powstała od pierwszych liter państw: Japan, England, Australia/America, Thailand, Holland. To właśnie z Anglii, Australii, Stanów i Holandii pochodziło najwięcej więźniów budujących Death Railway. W obu muzeach zostały ich fotografie, rysunki, drewniany wagon kolejowy do ich przewożenia oraz repliki bambusowych domów, w jakich mieszkali.

Poprzednia
1 2
Rzeczpospolita
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł Oddano głosów: