Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Dobry adres

Jerzy Kisielewski, syn Stefana, wstydził się, że mieszka w prominenckim domu
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Na Szucha 16 w Warszawie mieszkali kolejno: oficerowie Piłsudskiego, gestapowcy, Stanisław Mikołajczyk, Władysław Gomułka, Stefan Kisielewski. Dziœ to adres Moniki Jaruzelskiej
Nie wiadomo, kto wpadł na pomysł, aby założyć spółdzielnię. Skończyło się pierwsze dziesięciolecie niepodległej Polski, œwiat po 1929 roku pogršżył się w wielkim kryzysie, a oni – piłsudczycy, najwierniejsi ludzie Marszałka, z Pierwszš Brygadš w biografiach i bliznami z wojny polsko-bolszewickiej – coraz silniej odczuwali, że trzeba trzymać się razem. Do opinii publicznej docierały już wieœci o Brzeœciu, trwał proces opozycji. Było po kolejnych wyborach, które choć dały Bezpartyjnemu Blokowi Współpracy z Rzšdem większoœć, nie pozwalały wprowadzić nowej konstytucji. [srodtytul]Jedyna taka spółdzielnia[/srodtytul] I właœnie wtedy, w 1931 r. powstała Oficerska Spółdzielnia Mieszkaniowo-Budowlana Proporzec. Wœród nazwisk 52 założycieli same znamienite postacie: najbliższy współpracownik Piłsudskiego pułkownik Walery Sławek, generał Kazimierz Sosnkowski oraz Adam Koc, wówczas wiceminister skarbu, a póŸniej szef Obozu Zjednoczenia Narodowego, ówczesny premier Aleksander Prystor z żonš Janinš z Bakunów Prystorowš. I wreszcie osoby z drugiego planu, ale również wpływowe jak Marcin Woyczyński, osobisty lekarz Marszałka (Piłsudski póŸniej straci do niego zaufanie i usunie z mieszkania, podejrzewajšc, że odwiedzajš go szpiedzy sowieccy). W spółdzielni nie zapomniano także o wdowach, jak choćby Halinie Więckowskiej, żonie Mieczysława, który w maju 1926 r. strzelił sobie w głowę, bo wysłał żołnierzy pułku na pomoc rzšdowi, a honor nie pozwalał mu pozostać nielojalnym wobec Komendanta.
Wszystkich ich łšczyło oddanie dla marszałka Józefa Piłsudskiego. Wkrótce połšczyć miała wspólna kamienica. Dom pod adresem Szucha 16 powstawał w latach 1934 – 1937, gdy we Francji rewolucyjne trendy w architekturze wytyczał Le Corbusier, głoszšc, że sens majš tylko kšty proste. O wykonanie projektu spółdzielcy poprosili Edgara Norwertha, wziętego w Warszawie architekta, profesora Politechniki. Na wykładach i w stołecznych salonach wygłaszał tezy o zapóŸnieniu architektury polskiej. Miał swojš idée fixe – funkcjonalnoœć, niepozbawionš jednak estetyki. Zaledwie kilka lat wczeœniej na jego desce kreœlarskiej powstał projekt Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego (dziœ AWF) na Bielanach. Dom Norwertha ma 52 mieszkania i dwa lokale użytkowe. Cztery klatki schodowe, z których dwie majš po pięć pięter, jedna cztery i jedna szeœć. Najmniejsze z mieszkań, o powierzchni 105 m.kw., zajmował płk dr Babecki. Największe – 206 metrów – należało do generała Sosnkowskiego. Marta Leœniakowska w „Architekturze w Warszawie w latach 1918 – 1939” opisuje: „Luksusowa wielkomiejska kamienica modernistyczna z oficynami o półkolistych przeszklonych ryzalitach i pied a terre. Stolarka drzwi wejœciowych z kratownicš nawišzuje do inspirowanej sztukš japońskš geometrycznej ornamentyki Franka Lloyda Wrighta”. Nie ma w niej zdobień, ani stiuków. Dom stanšł na tyłach budynku Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych w Alejach Ujazdowskich. Okna w okna z wybudowanym po drugiej stronie al. Szucha monumentalnym gmachem Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oœwiecenia Publicznego. Norwerth nie mógł przypuszczać, że z tarasów i zaokršglonych wykuszy mieszkańcy zaprojektowanej przez niego kamienicy przez dziesištki lat będš oglšdać dziejšcš się na ich oczach historię. Że podczas wojny Niemcy zamieniš gmach Ministerstwa Wyznań Religijnych w więzienie œledcze gestapo. Po wojnie częœć budynku w pobliżu dawnego GISZ zajmie urzšd ds. wyznań, w drugiej zaœ znajdzie siedzibę Centralne Laboratorium Kryminalistyczne. Jego eksperci – po napadzie stulecia na bank Pod Orłami – na podwórku rozłożš na częœci pierwsze szarš Warszawę. A w paŸdzierniku 1984 r. w tym samym miejscu stanie fiat, którym sprawcy zbrodni przewozili ks. Popiełuszkę. Ale jest rok 1938. Spółdzielcy Proporca stawiajš się przed obliczem notariusza Stefana Benedykta, który kancelarię ma w gmachu Hipoteki na ulicy Kapucyńskiej pod numerem 6. Notariusz z należytš starannoœciš spisuje dokumenty. Każdy ze spółdzielców staje się właœcicielem mieszkania. A oprócz tego udziałów w 1/52 dwóch pomieszczeń gospodarczych, jednego lokalu i podwórka. Dla każdego z mieszkań założona zostaje odrębna księga wieczysta. Nie liczšc innych pożyczek, spółdzielcy zacišgnęli kredyty w Banku Gospodarstwa Krajowego. Ponad 1,4 mln zł oraz 290 tys. w złocie. Ale lokale cieszš. Sš funkcjonalne i wygodne. Bez marmurów, za to z dużš iloœciš lastryka, z którego wykonane sš nawet poręcze na schodach. Cztery jasne kafelki w rogach klatki schodowej wskazujš miejsce na spluwaczkę. Mieszkania majš nowoczesne ogrzewanie etażowe, co znaczy, że w pokojach piece zostajš zastšpione przez kaloryfery. Piec w kuchni dostarcza im ciepła. W kamienicy chodzš dwie windy: osobowa, z wnętrzem wyłożonym fornirem, i towarowa, która przewozi na górę węgiel do ogrzewania. Do dziœ sš w piwnicy szyny, po których sunšł naładowany węglem wagonik. Zachował się jeszcze regulamin współżycia. Każdy współwłaœciciel domu obowišzany był zawiadomić administratora do trzech dni o wprowadzeniu się lokatora, „tudzież bezzwłocznie o wypadku choroby zakaŸnej”. Mieszkańcom nie wolno przybijać szyldów, ogłoszeń, szafek wystawowych na zewnštrz domu, „zajmować się w mieszkaniu jakimkolwiek rzemiosłem”. Zabroniono ršbania drzewa i węgla w mieszkaniu, hałasowania na schodach, w podwórzu i sieni. Lekcje gry na fortepianie i œpiewu odbywać się mogły tylko w godzinach ustalonych przez zarzšd. Zakazano trzymania innych zwierzšt niż psy, koty czy kanarki. A także suszenia bielizny w oknach, na gankach i balkonach lub na podwórzu. „Ze względu na ogólne dobro porzšdku i zdrowotnoœci wszelkie pranie i suszenie bielizny w mieszkaniu jest niewskazane za wyjštkiem tzw. przepierek. Prać należy w pralni, suszyć w suszarni” – głosiła instrukcja. Zalecała ona także, by kwiaty w skrzynkach dostosować do ogólnego planu zdobnictwa. „Każdy współwłaœciciel względnie lokator obowišzany jest jak najdokładniej pouczyć swych domowników, w szczególnoœci ordynansa względnie służšcš, o sposobie używania windy i instalacji gazowej”. Za nieprzestrzeganie regulaminu groziła kara od 1 do 5 zł, która to suma zasilała fundusz remontowy. Raz do roku zarzšd przeprowadzał inspekcję mieszkań, by sprawdzić ich stan. Zobowišzania płatnicze należało regulować do każdego pištego dnia miesišca. O życiu w nowym budynku mówiło się, że jest sielskie. Sklep kolonialny, prowadzony przez spółdzielnię Spólnota Skarbowców, mieœcił się na parterze. W bramie goœci witał stróż, dozorca miał własne mieszanie. Czasem spokój przerywały niecodzienne wydarzenia. Jak wtedy, gdy syn państwa Chmurskich, Antoniego, znanego konstytucjonalisty, adwokata i doktora prawa, oraz Stefanii, mały Witek, wetknšł głowę między barierki na tarasie i nie mógł jej stamtšd wycišgnšć. Do pomocy trzeba było wezwać œlusarza. Wstrzšs przyszedł 2 kwietnia 1939 r. wieczorem. O 20.45, w godzinie œmierci marszałka Piłsudskiego, pułkownik Walery Sławek strzelił sobie w usta. Według relacji, jakš historyk Dariusz Baliszewski zdobył od Marka Wernera, wówczas 9-letniego chłopca mieszkajšcego z rodzicami przy Szucha 16, jego ojciec major Symeon Kazimierz Werner, szef wydziału w Ministerstwie Spraw Wojskowych, ok. godziny 21 był w łazience. Nagle złapał pistolet i wybiegł na klatkę schodowš. Minęło pół godziny, gdy pod blok podjechała policja i karetka pogotowia. Sławek zmarł następnego dnia nad ranem w pobliskim Szpitalu Ujazdowskim. W mieszkaniu zostawił pożegnalny list: „Odbieram sobie życie. Nikogo proszę nie winić”. Informował także, że spalił wszystkie prywatne papiery, także te, które otrzymał w zaufaniu. Te słowa stały się przyczynš spekulacji o nieudanym spisku przeciw Edwardowi Rydzowi-Œmigłemu, w którym Sławek miał jakoby uczestniczyć. Spisek miał zostać wykryty, a Sławka czekało aresztowanie, stšd desperacki krok. Przypuszczeń tych nigdy nie udało się jednak potwierdzić. [srodtytul]Czas gestapo i Armii Czerwonej[/srodtytul] Pierwszego wrzeœnia 1939 r. o 6 rano mieszkańców obudził dŸwięk syren. W wykuszach okien wychylajšcych się na al. Szucha obserwowali niebo. Schron był w piwnicy, jednak mało kto z niego wtedy korzystał. Ludzie czuli się jeszcze bezpiecznie. Teodora Żukowska, mieszkanka domu, w autobiograficznej ksišżce „Na skraju dwóch œwiatów” opisuje scenę, gdy Niemcy wchodzili do kamienicy. „Na balkonie stała służšca sšsiadów, dziewczyna ze wsi, która została sama w mieszkaniu. Zerwała czerwony kwiat pelargonii i z zalotnym uœmiechem rzuciła go biegnšcym na dole mężczyznom. Co ty robisz? – zawołałam. To sš przecież Niemcy”. W kilka dni potem granice między okupowanymi a okupantami już nikomu z mieszkańców domu się nie myliły. Niemcy zrobili staranny przeglšd mieszkań. „Z dzikim impetem do przedpokoju wpadł młody Niemiec w mundurze z rewolwerem u boku. Szybko przebiegł całe mieszkanie, potem jak wryty zatrzymał się przed kolekcjš szpicrut do jazdy konnej, które wisiały na œcianie w przedpokoju. Zerwał jednš z nich, wygišł w rękach, jakby dla próby, potem – uderzajšc niš po cholewach błyszczšcych butów (może widział podobnš scenę w jakimœ filmie) – stanšł na rozkraczonych nogach przed nami” – pisze Żukowska. Wkrótce ze zbioru szpicrut została jedna. Tak przebiegały kolejne etapy „zdobywania domu” przez Niemców. Zaczęło się od dokwaterowania niemieckiego personelu, który urzšdzał po nocach pijatyki. Na klatkach schodowych poniewierały się puste butelki. Potem oficerowie okradali mieszkania, do przenoszenia sprzętów i mebli używajšc Żydów. Jeden z nich, słabszy fizycznie, został zastrzelony na klatce schodowej. W domu mówiło się, że zakopano go na podwórku koło œmietnika. Jednak nie było tam œladu œwieżego grobu. W dniu 11 listopada 1939 r. Niemcy wykwaterowali definitywnie wszystkich mieszkańców domu. Na zabranie rzeczy dali Polakom godzinę. Stefania Chmurska w tym czasie przebywała w domu z 1,5-rocznym dzieckiem. Choć była osobš praktycznš, która przeżyła w Moskwie rewolucję, tego wysiedlenia omal nie przypłaciła życiem. Niemiec chciał jš zastrzelić, bo się miotała, nie wiedzšc, co ma ze sobš zabrać. Miała szczęœcie – do domu wrócił mšż Antoni, przed wojnš adwokat w Wiedniu, który wybronił jš perfekcyjnš niemczyznš. Dom zajęli oficerowie gestapo. Aleja Szucha stała się Strasse der Polizei. 6 maja 1944 r. pod budynkiem rozegrała się tragiczna akcja – nieudany zamach na Waltera Stamma, szefa warszawskiego gestapo. Stamm mieszkał w al. Szucha 16 pod numerem 17. Pracował w budynku naprzeciwko. Żołnierze kompanii AK Pegaz mieli wedrzeć się do budynku i wykonać na nim wyrok w mieszkaniu. Nie przewidzieli, że w bramie zostanš wylegitymowani. W wyniku strzelaniny zginęło dziewięciu żołnierzy Pegaza. To, w jakim stanie kamienica przetrwała wojnę, stało się potem przedmiotem sporów. Musiała zachować się nie najgorzej, skoro podobno pierwszymi lokatorami byli w niej wyżsi rangš oficerowie Armii Czerwonej. Przedwojenni właœciciele – ci, którzy przeżyli i przebywali w kraju – i tak nie zostali wpuszczeni do budynku. – Babcia po powrocie z wysiedlenia wyjechała z moim nieletnim ojcem z Warszawy i zamieszkała w Lublinie. Pozostała częœć rodziny, ojciec i dwaj bracia, byli w tym czasie w armii polskiej na Zachodzie – opowiada Tomasz Werner, wnuk Symeona Kazimierza Wernera. Wernerowie na mieszkanie, którego nigdy już nie zobaczyli, mieli kredyt. Musieli spłacać go w BGK do 1958 r. Teodora Żukowska pisze, że kamienica z domu pułkowników stała się domem generałów. „Przez długie lata staraliœmy się bezskutecznie drogš sšdowš odzyskać mieszkanie lub co najmniej odszkodowanie”. W mieszkaniu Żukowskiej zamieszkał Jerzy Michałowski, ambasador PRL w Londynie i przedstawiciel przy ONZ wraz z żonš Mirš, dziennikarkš. „Ojczym, gdy był już w podeszłym wieku, napisał do niego list, że to spółdzielcze mieszkanie było dorobkiem jego życia i czy nie zechciałby się z nim rozliczyć? Nawet nie raczył odpisać” – pisze Żukowska. Sprawy odzyskania mieszkań wzišł na swoje barki adwokat Antoni Chmurski, który z rodzinš mieszkał w podwarszawskim Józefowie. Bez rezultatu. Kiedy wiele lat póŸniej, w latach 80., Stefan Kisielewski, wówczas już lokator kamienicy, wrócił z podróży do Londynu, z charakterystycznym sarkazmem obwieœcił rodzinie: „Już wiem, komu trzeba będzie oddać mieszkanko!”. I streœcił rozmowę, którš odbył z jednš z pań z kręgu emigracji. Gdzie pan mieszka? – zapytała. Na Szucha – odpowiedział. – A pod którym numerem? Pod 16. Na którym piętrze? Na pištym. A może wchodzi się tam przez długi korytarz, a kuchnia jest po prawej stronie? Tak! – Bo ja się tam wychowałam. To była córka przedwojennego marszałka Senatu Bogusława Miedzińskiego. [srodtytul]Całkiem inni oficerowie[/srodtytul] Ale po 1945 r. władza ludowa nie przejmowała się sprawami własnoœci. Najpierw kamienicę przy Szucha 16 zasiedlili ówczeœni dygnitarze, uznajšc jš za dobry adres. – Tam, gdzie teraz jest transformatorownia, była budka UB, gdzie każdy był legitymowany i pytany do kogo idzie – opowiada Andrzej Bieńkowski, artysta plastyk, profesor ASP, syn Władysława Bieńkowskiego, jednego z ideologów i organizatorów PPR. Bieńkowski, syn chłopa wychowywany na Kujawach, który – pasšc krowy – sam wykształcił się na tyle, by dostać się do dobrego liceum i skończyć polonistykę, w latach 1946 – 1947 był kierownikiem propagandy w KC PZPR. Na chwilę na Szucha 16 wprowadził się sam towarzysz „Wiesław”, czyli Władysław Gomułka. Wtedy na dole stacjonowała non stop jego ochrona. Według relacji mieszkał tu także, choć krótko, Stanisław Mikołajczyk. W domu zamieszkał także Stefan Staszewski – I sekretarz komitetu warszawskiego, potem – skłócony z Gomułkš – kontestował ustrój. Inny lokator generał Zygmunt Berling jawił się, zwłaszcza dzieciom, jako postać straszna. Mężczyzna postawny, wieloletni prezes Polskiego Zwišzku Myœliwskiego, mimo zaawansowanego wieku jeŸdził na polowania. A w myœliwskiej kurtce i czapie wyglšdał groŸnie. Na trzecim piętrze mieszkanie zajmował Oskar Lange, ekonomista, przed wojnš działacz PPS, po wojnie członek Komitetu Centralnego PZPR, który dla sšsiadów był niewysokim panem o sympatycznej twarzy, utykajšcym i pomagajšcym sobie w chodzeniu laskš. Mieszkanie na pierwszym piętrze zajšł Feliks Widy-Wirski, działacz przedwojennego PSL, potem ZSL. I to stšd w okresie tępienia prawicowych odchyleń zabierano go na przesłuchania. Mieszkał tu także Józef Ozga-Michalski – literat, który przed wojnš działał w wiejskich organizacjach młodzieżowych, a w 1944 r. zaczynał karierę jako sekretarz Wojewódzkiej Rady Narodowej w Kielcach. Wsławił się tym, że przez 45 lat nieprzerwanie sprawował mandat poselski, a na poczštku lat 50. był nawet wicemarszałkiem Sejmu. W okresie jego stabilnie rozwijajšcej się kariery z mieszkania, które zajmował na parterze, wymurowano schody do pasa ziemi niczyjej, czyli zadrzewionego trawnika, do którego nie ma wejœcia. Rodzina Ozga-Michalskich uzyskała w ten sposób dostęp do intymnych tajemnic sšsiadów, bo do dziœ czasem na „pas ziemi niczyjej” sfrunie z tarasów suszšca się bielizna i nie ma innego sposobu, by jš zabrać, jak prosić o pomoc sšsiadów. Do 1956 r.wstęp do domu był bardzo ograniczony ze względu na mieszkajšce tu grube ryby. Stšd wzięła się nazwa Akwarium. Posesjš administrowali urzędnicy z Urzędu Rady Ministrów, stróżówkę zastšpiła portiernia, w której legitymowano odwiedzajšcych. Po tamtym okresie do lat 60. zostały jeszcze druciane zasieki dookoła budynku na poziomie pierwszego piętra i dwa reflektory. Od lat 60. działaczy partyjnych i dostojników rzšdowych – którzy dostawali własne wille lub mieszkania o wyższym standardzie w alei Róż i alei Przyjaciół – w domu przy Szucha zaczęli zastępować ludzie kultury: Adam Hanuszkiewicz, Jan Krenz, córka Jarosława Iwaszkiewicza. Stefan Kisielewski z rodzinš wprowadził się tu w 1961 r. W zamian za to mieszkanie zostawił w Krakowie dwa inne, ale i tak znajomi patrzyli na nich podejrzliwie. O przeprowadzce zadecydował fakt, że w lokalu na Szucha mogły się zmieœcić dwa fortepiany, Stefana Kisielewskiego, który komponował, i jego syna Wacława, który zapowiadał się na utalentowanego pianistę. Lokal na pištym piętrze był właœnie po remoncie. Jak się domyœlali – zainstalowano przy tej okazji urzšdzenia podsłuchowe. Po latach, gdy Władysław Bartoszewski, przyjaciel rodziny, dostał w IPN swoje teczki, skwitował: „te rozmowy, któreœmy prowadzili ze Stefanem, były całkiem interesujšce”. Kisielewscy mieszkanie pod adresem Szucha 16 uznawali za coœ wstydliwego. Gdy się spieszyli, zamawiali taksówkę na Szucha róg Litewskiej. – Mój brat Wacek powiedział w taksówce: na Szucha 16, poproszę. Taksówkarz na niego popatrzył, a on mówi: no wie pan, wstydzę się, że tam mieszkam, ale co mam zrobić? Taksówkarz odpowiedział rezolutnie: Jak was będziemy sšdzić, to panu to policzymy – opowiada Jerzy Kisielewski. Większoœć mieszkańców była notablami. To był dom utożsamiany z komunistycznš wierchuszkš. Takie sšsiedztwo miało pewne niedogodnoœci – na przykład dla lokatorów odbywajšcych służbę wojskowš. Bo gdy na przepustce młodzież, spieszšc się do domu, rozdziewała po drodze pas i rozpinała mundur, zdarzało jej się na schodach spotkać któregoœ z sšsiadów – generałów lub jego wojskowych goœci. Sklep na parterze, w lokalu przejętym po Spólnocie Skarbowców, nadal działał i był jednym z najlepiej zaopatrzonych na Œródmieœciu. Miał ksywę „U Lesza”, na Szucha 16 mieszkał bowiem ówczesny minister handlu wewnętrznego Mieczysław Lesz. [srodtytul]Życie towarzyskie i uczuciowe[/srodtytul] Osobnš sprawš było w domu przy Szucha życie sšsiedzkie psów. Widy-Wirscy mieli pekińczyka, buldoga francuskiego i boksera. Pekińczyk pozostał we wdzięcznej pamięci mieszkańców: namiętnie kšsał po łydkach. Kisielewscy wprowadzili się z jamniczkš, której nienawidziła sšsiadka z dołu – jamniczka państwa Staszewskich. Do bliskiego spotkania doszło, gdy Kisielewscy remontowali mieszkanie i robotnicy zostawili uchylone drzwi. – Nasza suczka smacznie spała w swoim koszyku, gdy tamta wpadła i ugryzła jš w tyłek. Wtedy na własne oczy zobaczyłem, co to znaczy wyglšdać jak zbity pies – opowiada Jerzy Kisielewski. Dziœ trudno to sobie wyobrazić, ale w latach 60. na miejscu dzisiejszego placu Na Rozdrożu i biegnšcej pod nim Trasy Łazienkowskiej był psi park. Po wieczornym filmie na jego dróżki wylegali właœciciele psów, ludzie z różnych œrodowisk. W pobliskich Alejach Ujazdowskich przechadzał się Antoni Słonimski, który mieszkał nieopodal, w alei Róż, i Mieczysław Moczar, za którym jak cień podšżał ochroniarz. Stefan Kisielewski ze spacerów w psim parku wynosił ciekawe znajomoœci. Raz wrócił do domu z pytaniem, gdzie jest ostatni numer„Kultury”? Mam nowego przyjaciela i muszę mu pożyczyć – wyjaœnił. „Przyjacielem” okazał się Ryszard Dobieszak, generał Milicji Obywatelskiej, wtedy już na emeryturze. Dla dzieci miejscem integracji było podwórko. A było na co popatrzeć. W klatce przy œmietniku mieszkał profesor Leopold Infeld senior, fizyk, autor prac z ogólnej teorii względnoœci. Jego syn Eryk, absolwent Uniwersytetu w Cambridge, kierujšcy pracowniš fizyki plazmy w Instytucie Badań Jšdrowych, zwykł jeŸdzić konno. Do samochodu, którym jeŸdził na jazdy, wsiadał więc w nienagannych bryczesach kremowych, czarnych butach, ze szpicrutš. W garażach na podwórku dostojnicy rzšdowi parkowali swoje samochody, chłopięcy obiekt pożšdania. Minister kolejnictwa jeŸdził czarnš cytrynš, a na dwóch burtach asystowała mu ochrona, mężczyŸni w skórzanych płaszczach. To robiło wrażenie. Morris oxford, duże angielskie auto, należało do Stanisława Walczaka, ministra sprawiedliwoœci w rzšdzie Cyrankiewicza. Walczak miał także przepięknš żonę wschodniej urody, prawdopodobnie Hinduskę. O podwórko, które w latach 50. było jeszcze znakomitym do zabawy w wojnę kawałkiem dzikiej przyrody, stoczył bitwę Andrzej Bieńkowski. – Przyjechała ekipa, wycięła drzewa i rozkopała plac. Zostawiła wapno i cegły. Wtedy ja oraz kilku kolegów żeœmy je rozrzucili na znak protestu. I zaczęła się awantura. Ponieważ to były garaże Urzędu Rady Ministrów, to urzšd podał nas – grupę smarkaczy w czwartej czy pištej klasie – do sšdu o niszczenie dobra państwowego. Groził nam poprawczak. Ledwo nas adwokat wybronił – opowiada. W miarę upływu czasu wszyscy się ze sobš oswajali. Młodzież organizowała międzyklatkowe prywatki. Nawišzywały się romanse – aż po œlub, kiedy to Basia Stasiak, córka działacza ZSL, wyszła za Antka Moskwę, syna działacza SD. Dużo zamieszania robił Wacek Kisielewski, za którym dziewczyny szalały. Ważnš cezurš stał się marzec 1968 r. Wyjechała rodzina prof. Ramera, żona i trzech synów, jeden z kasztanowymi włosami do pasa. Wyjechała częœć rodziny Baumritterów, napiętnowanych jako członkowie grupy encyklopedystów. A Kisielewskiemu – po tym, jak w Zwišzku Literatów Polskich powiedział o „dyktaturze ciemniaków”, co personalnie odniósł do siebie Gomułka – wiele osób w domu przestało się na wszelki wypadek kłaniać. Nie lepiej czuł się wtedy Władysław Bieńkowski, który po opublikowaniu „Motorów i hamulców socjalizmu” dostał zapis cenzury na wiele lat. – Zaledwie kilku ludzi nie przechodziło na jego widok na drugš stronę ulicy. Jak w czasach stalinowskich wspierali nas Gałczyńscy, tak w 1968 r. Witold Lutosławski. Pod koniec życia bywał u nas Miron Białoszewski – wspomina Andrzej Bieńkowski. Ale już stan wojenny nie był tutaj szczególnie traumatyczny. Nie było internowań. A wspomnienia zwišzane z grudniowš nocš raczej humorystyczne. Mieszkał tu generał Leszek Krzemień, słynny ideolog marksistowski. Jego córka Wika, filozofka, była zwišzana z KOR. I to ona w domu ojca przechowywała bibułę i wydawnictwa bezdebitowe. Gdy ogłoszono stan wojenny, poprosiła sšsiada Andrzeja Bieńkowskiego o pomoc w przetransportowaniu ich w inne miejsce. – Z tyłu leżała fura ksišżek przykrytych kocem. I traf chciał, tuż koło domu zatrzymał nas patrol milicyjno-wojskowy. Wika, piękna dziewczyna, rozpięła kożuch, wyeksponowała lekko wdzięki i pojechaliœmy – opowiada Andrzej Bieńkowski. [srodtytul]Nowe zakorzenienie[/srodtytul] Po upadku komunizmu spadkobiercy przedwojennych właœcicieli próbowali odzyskać mieszkania. Udało się w trzech przypadkach, ale szczęœliwcy sprzedali je lub wynajmujš. Inni wcišż walczš o uzyskanie choć odszkodowania. Dziœ ci bardziej zakorzenieni mieszkańcy z mieszankš lęku i zaciekawienia patrzš, jak na Szucha 16 wprowadzajš się nowi lokatorzy, tacy jak Monika Jaruzelska. Najtrudniej pogodzić się z tym, że mieszkania tu wykupujš firmy. Krajobraz szpecš stojšce na podwórku niszczejšce garaże, z których mieszkańcom budynku zabroniło korzystać znajdujšce się po sšsiedzku Centralne Biuro Antykorupcyjne – w obawie przed podsłuchami. Sklep spożywczy dawnej Spólnoty Skarbowców, który czasy komuny zniósł dzielnie, w kapitalizmie upadł. Właœciciele nie byli w stanie dostosować się do nowych standardów. Wœród mieszkańców pozostał sentyment do miejsca, widoku z okna na monumentalne gmachy i dęby rosnšce szpalerem w alei Szucha. Ale też pewne poczucie tymczasowoœci. Pedantyczny prof. Ramer, dżentelmen starej daty, po wyjeŸdzie rodziny zwykł był w skrzypišcych butach na skórze spacerować po podwórku . Na ręku miał laskę i parasol. Ot tak – by być przygotowanym na każdš sytuację.
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL