Boliwia
Titicaca: tu narodziło się Słońce
Boliwia nie ma dostępu do morza, ale ma swoją wielką wodę – Lago Titicaca, drugie co do wielkości, po wenezuelskim Maracaibo, jezioro Ameryki Południowej. W dodatku jest to jezioro niezwykłe, od wieków spowite tajemniczością inkaskich legend.
Niedzielny poranek na placu przed katedrą w Copacabanie. Gwar. Ścisk. Feeria kolorów mieniących się w jaskrawym słońcu. Jak wszędzie w Boliwii, uwagę zwracają barwne falbaniaste spódnice i meloniki cholitas tradycyjnie ubranych Boliwijek. Meloniki na głowach kruczowłosych Indianek? Nadal wydaje mi się to surrealistycznym widokiem, chociaż słyszałam już historię włoskiej firmy kapeluszniczej, którą przed bankructwem uratowały południowoamerykańskie modnisie.
Mieszamy się z tłumem, próbując przebić się w stronę kościoła. Przeciskamy się wśród samochodów zaparkowanych pod murem otaczającym rozległy katedralny dziedziniec. I coś mi tu nie pasuje…
Samochód w kapeluszu
Wszystkie samochody są wypucowane na wysoki połysk. Na maskach piętrzą się świeże kwiaty i powiewają szczodrze przyczepione bibułkowe ozdoby. Szczególnie malowniczo prezentuje się terenówka przyozdobiona złotym cylindrem. Czy dziś w katedrze są hurtowo udzielane śluby? To moje pierwsze skojarzenie. Rozwiązanie zagadki okazuje się jednak zupełnie inne – to właściciele nowo zakupionych samochodów gromadnie zjeżdżają do Copacabany aby wziąć udział w obrzędzie błogosławieństwa samochodów, Bendictión de Movilidades. Teraz sobie przypominam, że już wcześniej w wielu boliwijskich samochodach i autobusach widziałam pamiątkowe proporczyki z Copacabany, swoiste polisy ubezpieczeniowe.
Całe pęki takich proporczyków zwieszają się na okolicznych straganach, na których można też nabyć wszelkie akcesoria potrzebne do ustrojenia samochodu i oczywiście imponujący wybór dewocjonaliów. Koloryt jak ze swojskiego odpustu.
Czarna Madonna
Przestronny dziedziniec brukowany drobnymi kamykami. Strzeliste białe mury ozdobione kafelkami, przywodzącymi na myśl portugalskie azulejos. Katedra zachwyca lekkością formy. Budowę kościoła rozpoczęto na początku XVII wieku i trwała ona blisko dwieście lat. Konsekracji dokonano dopiero w 1805 roku.
Tłum wypełnia wnętrze kościoła. Trwa nabożeństwo. To jeden z nielicznych momentów, gdy figura Czarnej Madonny, La Virgen Morena del Lago, zostaje obrócona twarzą w stronę wiernych, zamiast opiekuńczym okiem ogarniać wody jeziora. Figurę wyrzeźbił w 1583 roku Indianin, Francesco Tito Yupanqui, obecnie święty. Od tego czasu Czarna Madonna z Copacabany stała się opiekunką miasta i jeziora. Legenda głosi, że jeśli słynąca cudami figura zostanie wyniesiona poza obręb murów katedry, Lago Titicaca wystąpi z brzegów.
Swoją drogą, miejscowe wyobrażenia katolickich świętych to temat ciekawy sam w sobie. Pamiętam, z jakim zdumieniem oglądałam w bocznych nawach kościołów szklane gablotki zaludnione wystrojonymi w barwne szatki i jaskrawo wymalowanymi plastikowymi lalkami – figurkami świętych. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie pewna święta Helena w makijażu, jakiego nie powstydziłby się chyba nawet sam Marilyn Manson.
Widok na jezioro
Nazwa Copacabana (Kota Kahuana) pochodzi z języka Indian Aymara i znaczy tyle, co „widok na jezioro”. Trudno wyobrazić sobie bardziej adekwatne miano dla miasta, które -dosłownie i w przenośni – otwiera się na jezioro. A zbieżność z nazwą słynnej brazylijskiej plaży też nie jest całkiem bezzasadna. Latem tak Boliwijczycy jak i turyści chętnie wypoczywają na piaszczystym brzegu.
Za założyciela Copacabany uznaje się piętnastowiecznego inkaskiego władcę, Túpaca Yupanqui. Prawdopodobnie jednak ludzkie osady istniały tu już dużo wcześniej, jeszcze w czasach preinkaskich. Współczesna Copacabana to ponad pięćdziesięciotysięczne miasto, wtłoczone między dwa wzgórza – Cerro Calvario i Niño Calvario i opadające wąskimi ulicami w stronę portu.
Leniwie spacerujemy po Copacabanie czekając na łódź, którą mamy popłynąć na Isla del Sol. Z nudów przeglądamy towar na ulicznych kramach. A czegóż tu nie ma! I biżuteria z metalu, sznurka i półszlachetnych kamieni. I prawdziwe „inkaskie” rzeźby. I muszle niewiadomego pochodzenia. I miniaturki tradycyjnych trzcinowych łodzi, jakie od wieków pływają po wodach Lago Titicaca. I oczywiście pełen asortyment różnobarwnych wyrobów z wełny aplaki – czapki-uszatki, rękawiczki, swetry, poncza.















