Tajlandia
Tropikalny raj odzyskany
Obrazek jak z pocztówki: bielutki piasek, plaża z palmami, turkusowa woda z kolorowymi rybkami i oślepiające słońce. Dziś niemal nie widać już śladów tsunami, które przeszło tędy przed siedmiu laty
Raj na ziemi: trudno o mniej oryginalne, a jednocześnie bardziej pasujące do tego miejsca określenie. O wyspach Phi Phi myślą tak chyba wszyscy, którzy tu przybywają. Na przykład twórcy wysokobudżetowych hollywoodzkich komercji. To oni umieścili akcję filmu „Niebiańska plaża" z Leonardo di Caprio na jednej z tutejszych wysp, Phi Phi Leh.
Wodny świat
Płynąc na Phi Phi, boję się, czy rzeczywistość sprosta moim wyobrażeniom. Gdy idę na zachwalany przez wszystkich film, mam zwykle potem uczucie niedosytu. Ale nie tym razem: z tego kina nie sposób wyjść niezadowolonym.
Płynę na wyspę wodami Morza Andamańskiego. Za burtą przesuwa się panorama ogromnych skał – obłych w obrysie wysp niedbale rozsypanych po błękitnym morzu, jakby mitologiczni giganci dla zabawy wrzucili je do wody. Wraz z przybrzeżnymi górami przydymionymi lekką mgiełką wyglądają jak wycięta z papieru scenografia do teatru cieni. Piętrzą się nad wodą pionowymi urwiskami. Każda ich płaska powierzchnia pokryta jest podzwrotnikowymi roślinami, jakby była obita grubym zielonym pluszem. Skały i kamienie wysepek grubo ociosały wiatry i woda. To dłuto natury wydobywa z miękkich wapiennych głazów niezwykłe kształty: a to porzuconą maczugę antycznego herosa, a to ogromne zamki, które popadły w ruinę.
Wokół Phi Phi, jak ławice ryb, uwijają się kajaki, łódeczki z terkoczącymi na żerdziach silniczkami, statki wycieczkowe i ślizgacze. Co pewien czas wysypują się z nich turyści: nurkują w głębinach albo pływają tuż pod powierzchnią. Gdzieniegdzie na wodzie unoszą się Japończycy i Koreańczycy w kamizelkach ratunkowych, zbici w ciasne nieruchome, poddające się prądom i falom grupy. Nad nimi na luksusowych łodziach stoją przewoźnicy obwieszeni wianuszkiem aparatów fotograficznych i pstrykają zdjęcia.
Okolice wysp Phi Phi są też jak ogromne akwarium, tyle że bez szkła. Ryby mienią się tysiącami kolorów, pływają dostojnie albo pierzchają w pośpiechu. Woda błyszczy od nich, faluje się i wiruje wśród barwnych koralowców.
Niebiańska plaża
Archipelag składa się z sześciu wysp. Dwie najważniejsze to Leh i Don. Ta druga (i jedyna zamieszkana), niemal w całości składa się z wysokich stromych gór porośniętych dżunglą. Przez środek ze wschodu na zachód ciągnie się wąski wąwóz, nim biegnie droga łącząca dwa wybrzeża. Wokół plaż i wąwozu skupia się niemal całe życie wyspy. Hotele, restauracje, sklepy, salony tatuażu i masażu – ruch tu jak w ulu. Wszędzie pełno miejscowych i turystów, słychać gwar, muzykę, nawoływania kupców.
Mniejszą Phi Phi Leh dzieli od Don jakiś kwadrans łodzią motorową. Na wysepce mieszkać nie można, ale można ją zwiedzić. Warto, choćby dlatego, by przez chwilę poczuć się jak Leonardo di Caprio w „Niebiańskiej plaży". Jak on wspiąć się po drabinie na skałę i zejść do ukrytego raju. Przebrnąć przez rosnący na piasku las – ogród, dotrzeć do białej plaży i laguny otoczonej skałami. Nie za darmo jednak: strażnik w czapce z daszkiem zbiera opłaty za wstęp na plażę: 200 bathów (ok. 20 zł) na głowę. Nikt chyba nie odmawia, choć to pewnie najdroższa plaża na świecie.
Nie spieszy się nam z powrotem. Wysoki dziób tradycyjnej łodzi tnie fale. Silnik głośno terkocze, ale nasz przewodnik niestrudzenie pojedynczymi angielskim słowami opisuje nam kolejne mijane atrakcje. Przynajmniej tak nam się wydaje, bo przez cały czas słyszmy tylko niewyraźne „szy, szy, szy". Jedynie po ruchach ręki orientujemy się, że raz chodzi o jaskinie w skale, innym razem o zatoczkę, a następnym o kolorowe rybki. Wskakujemy jak rozbrykane dzieciaki do rozkosznie chłodnej wody i szeroko otwartymi oczami gapimy się na niezwykły podwodny świat...
Phi Phi to rajskie wyspy. Jednak przed kilku laty okazały się niemal rajem utraconym, gdy niszczycielska fala tsunami uderzyła w azjatyckie wybrzeże, niszcząc wszystko, co stało na jej drodze, i zabierając życie ludziom. Wśród nich większość stanowili tubylcy, ale zginęły też tysiące turystów i podróżników zachwyconych chwilę wcześniej nieziemsko pięknymi widokami.
Czas Apokalipsy















