Ukraina
Burzliwy marsz przez ukraińskie Karpaty
Niedźwiedzie, gwałtowne burze, poszukiwania wody, odparzenia na stopach, sen w mokrym śpiworze - to tylko niektóre z atrakcji, która czekają na podróżników w ukraińskich Karpatach
Huk i błysk są tak ogromne, że mam wrażenie jakby pod moimi stopami właśnie wybuchła bomba. Skoro tak, to co ja tutaj jeszcze robię - przelatuje mi przez myśl i natychmiast odwracam się w kierunku idącego kilka metrów za mną Wojtka. Jest cały. Lekko pochylony do przodu, twarz ma bladą, zastygłą; jakby ktoś po prostu go wyłączył. Dobrze, że nie widzę siebie. Gdybym kilka minut wcześniej nie zatrzymał się, aby sprawdzić pozycję na GPS-ie, pewnie byłbym teraz na przełęczy 20 metrów dalej. I pewnie zostałyby po mnie same buty.
- A gdzie to chłopcy jedziecie z takimi plecakami wielkimi, co? I to bez dziewuszek; nie smutno Wam tak? Aaa...dziewuszki w domu... Pogoda? Chłopcy... cały boży tydzień ma padać. Nawet nie macie się co w te góry wybierać... ja Wam dobrze radze – w ten sposób zwraca się do mnie niezwykle zatroskana szmuglerka Irina tuż po polskiej kontroli na granicy w Medyce. Może odetchnąć z ulgą – najgorsze już za nią. Teraz będą "robić" ją swoi. Robić, czyli przeszukiwać i sprawdzać to wszystko czym po sam sufit wypchany jest "przemytnik". To stary rzęch, którym Irina kilka razy w tygodniu przyjeżdża po towary do Polski. Dla nas przywozi zaszyte w siedzeniach papierosy i alkohol. Ma tu swoich stałych odbiorców, wszystko jest z góry wyliczone, ustalone; nie muszą nawet specjalnie rozmawiać. W Polsce kupuje słodycze, jakieś owoce, proszki do prania – to czego u niej nie ma, jest droższe, albo gorszej jakości. Część dla siebie, część na sprzedaż. I tak to się tu kręci.
Jeszcze w trakcie drogi do Stryja zaczęło padać. Iriną nic nie mówi, rzuca tylko w moją stronę zdający się mówić „a nie mówiłam" jowialny uśmiech.
Na Przełęcz Wyszkowską dojeżdżamy, choć precyzyjniej byłoby powiedzieć wtaczamy się, następnego dnia tuż przed południem. W marszrucie osób jest zbyt wiele i przez ostatnią godzinę kierowca rzadko zmienia bieg na inny niż ten pierwszy. Mgła potulnie, jak gdyby do snu, układa się pod nami w dolinach. Dookoła szaro, słońce nie potrafi przebić się przez nisko osadzone, ciemnoszare chmury. Nawet zieleń drzew wydaje się być jakaś blada i niemrawa. Wszędzie mokro, ciężko o jedne suche miejsce. Pogoda jak na lipcowe lato nie rozpieszcza.
W tym miejscu kończą się Bieszczady Wschodnie, a zaczynają Gorgany. Po jednej stronie położony jest cmentarz z I wojny, po drugiej widać spory, ale całkiem pustawy parking. Tutaj również zaczyna się nasza trasa. Chcemy przejść przez całe pasmo Gorganów, a także przez Świdowiec. W plecakach niesiemy niezbędny sprzęt biwakowy oraz żywność na następne 8 dni marszu. Aby nam się udało musimy być w pełni niezależni. W tych górach nie ma co liczyć na udogodnienia znane nam choćby z Tatr czy Bieszczad. W Gorganach jest tylko jedno schronisko (pod Dooboszanką), do którego zresztą nie jest nam po drodze. Najciekawszy jest fakt, że przed wojną było ich tutaj aż 17! Później, przez kolejne pół wieku, nikt z zagranicy praktycznie nie mógł tu przyjeżdżać i cała infrastruktura po prostu upadła.
Przez pierwsze dwie godziny idziemy zniszczoną, pełną błota gruntową drogą. W mocno wysłużonych UAZ-ach jeżdżą tędy pracujący przy ścince drzew mieszkańcy pobliskich wsi. Rabunkowa i zupełnie niekontrolowana gospodarka leśna doprowadziła do wielkich czystek w tutejszym drzewostanie i nie widać, żeby komuś specjalnie zależało na zmienieniu tej sytuacji. W ciągu dnia spotykamy również kobiety z dziećmi. W wiklinowych koszach niosą zebrane wcześniej grzyby i borówki, które co weekend można dostać na targach w większych miejscowościach.
Już po trzech kwadransach zaczyna padać. Jest parno i duszno, ale musimy założyć kurtki. Teraz zamiast moknąć od deszczu będziemy pocić się z gorąca. Szczególnie nieprzyjemnie jest podczas stromego podejścia na Wyszkowski Gorgan (1445 m n.p.m.). Mimo wszystko nie zatrzymujemy się zbyt często, nie chcemy niepotrzebnie tracić czasu. Zależy nam, aby jeszcze dzisiaj dojść jak najbliżej Mołody. Odcinki do przejścia na każdy dzień mamy z góry ustalone i musimy się ich trzymać. Wszystko dlatego, że mało jest tutaj dobrych miejsc, w których można rozbić namiot. Dobrych, czyli takich w których po prostu mielibyśmy dostęp do wody.















