REKLAMA
Tutaj jesteś: rp.pl » Styl Życia » Podróże » Polska » Jeziora i rzeki

Jeziora i rzeki

Mazurskim szlakiem Marion i Sisi

Iwona Trusewicz 04-12-2009, ostatnia aktualizacja 04-12-2009 00:16
Przeprawa przez Omulew – czy hrabina też musiała pokonywać takie przeszkody?
autor: Iwona Trusewicz
źródło: Fotorzepa
Przeprawa przez Omulew – czy hrabina też musiała pokonywać takie przeszkody?
Polska jest piękna – oceniła Sabine
autor: Iwona Trusewicz
źródło: Fotorzepa
Polska jest piękna – oceniła Sabine
źródło: Rzeczpospolita

Jest rok 1941. Dwie młode kobiety jadą przez Mazury na koniach. Od dworu do dworu, od leśniczówki do leśniczówki. Przez lasy, bagna, jeziora. 68 lat później ruszamy ich śladem

W środę minęła setna rocznica urodzin hrabiny Marion Dönhoff, urodzonej w Prusach Wschodnich orędowniczki niemiecko-polskiego pojednania, redaktor naczelnej i wydawcy tygodnika „Die Zeit”. W redakcji tej gazety zastanawiano się, jak uczcić pamięć nieżyjącej już dawnej szefowej.

– Szukaliśmy oryginalnego pomysłu – opowiada dziennikarka „Die Zeit” Sabine Rückert. – Pomyślałam, że można napisać reportaż z jej rodzinnych stron. Najpierw chciałam przejechać konno z Kwitajn do Niemiec trasą, którą w 1945 r. hrabina uciekła przed Armią Czerwoną. Ale wydało mi się to zbyt przygnębiające, a i trasa zbyt długa. Zdecydowałam się więc na powtórzenie rajdu hrabiny po Mazurach, który odbyła w 1941 r. i bardzo dobrze wspominała.

Gdy Marion Dönhoff była naczelną „Die Zeit”, Rückert, dziś doświadczona i nagradzana dziennikarka specjalizująca się w reportażu sądowym i kryminalnym, miała kilka lat. A kiedy w 1972 r. hrabina została wydawcą (prowadziła gazetę przez 30 lat, do śmierci w 2002 r.), Sabine dopiero startowała w piśmie. – Zapamiętałam ją jako osobę opanowaną i zachowującą rezerwę. Ale to nie znaczy zimną. Gdy urodziłam dziecko, przysłała mi zaskakująco ciepłą kartkę z gratulacjami. Była skromna, nie zwracała uwagi na modę i rzeczy materialne – opowiada.

Dönhoffowie to, obok spokrewnionych z nimi rodzin zu Dhona i Lehndorffów, najznamienitszy ród Prus Wschodnich. Do tych trzech rodzin należały dziesiątki tysięcy hektarów ziemi, liczne folwarki, kilkanaście pałaców i dworów, w tym największe w Morągu, Drogoszach, Słobitach, Sztynorcie.

Rodową siedzibę Dönhoffów we Friedrichstein (Kamienka pod Kaliningradem w Rosji) i Quittainen (Kwitajny pod Pasłękiem) odwiedzały koronowane głowy z całej Europy. Dziś większość posiadłości to ruiny – ofiary wojny i komunizmu po polskiej i radzieckiej stronie granicy. Ale krajobrazy i przyroda zostały niemal niezmienione.

Z pociągu na konie

Sabine zwróciła się o wypożyczenie koni dla niej i towarzyszącego jej trenera jeździectwa do Ewy i Tadeusza Piórkowskich, którzy prowadzą w Sasku Małym pod Szczytnem stadninę i znane gospodarstwo agroturystyczne. Goście ciągną tu cały rok, a wielu z nich to Niemcy. W domu gospodarzy nie brak książek o Prusach Wschodnich i Mazurach.

Dwie nazwy, ta sama ziemia. Wyjątkowa. Marion Dönhoff z trudem przebolała jej stratę. „W pierwszych latach nie mogłam w to uwierzyć, nie chciałam przyjąć do wiadomości. Wbrew rozsądkowi ciągle jeszcze liczyłam na cud”* – wspominała.

We wspomnieniach opisała też swoją konną wyprawę po Mazurach, którą odbyła między 27 września a 1 października 1941 r. Marion i jej kuzynka Sisi Lehndorff przyjechały z Królewca do Olsztyna koleją. Tu przesiadły się na konie, które przywiozły ze sobą, i przez tydzień jechały do Sztynortu. Codziennie przebywały 30 – 40 km. Bocznymi drogami, lasami, polami, nad jeziorami.

Na noclegi stawały w leśniczówkach i zaprzyjaźnionych dworach. Trasę wskazywała im mapa i fantazja. Mimo czasu wojny była to wędrówka przez świat tchnący spokojem i zachwycający przyrodą. „To upajające uczucie móc jeździć konno przez jesienny świat” – zachwycała się 32-letnia wtedy Marion.

Czterech jeźdźców

Powiedziałam Sabine, że moich koni nie pożyczam, ale mogę z nimi pojechać jako przewodniczka – opowiada 39-letnia Ewa Piórkowska. Dziennikarka chciała, jak dawniej hrabina, rozpocząć rajd w Olsztynie. Ale dziś przejście konno przez 200-tysięczne miasto jest niebezpieczne. Kobiety uzgodniły więc, że wystartują z Saska, dokąd Marion i Sisi dotarły drugiego dnia.

„Gdy po blisko godzinie wychodzimy z lasu, oczom naszym niczym perska miniatura ukazuje się jezioro Sasek Mały: turkusowe niebo ponad granatową wodą, a przed tym czerwono-żółte pole” – pisała hrabina.

Przyłączyłam się do polsko-niemieckiej kompanii. W podróż śladem hrabiny nasza czwórka wyrusza w pogodny, chłodny ranek 28 września. Jest równie pięknie jak 68 lat temu – nad łąkami przy jeziorze unoszą się mgły, wśród których majaczą sylwetki pasących się koni.

Poprzednia
1 2 3
Rzeczpospolita
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł Oddano głosów:
Tu nas znajdziesz: Daj znać! DO GÓRY
Zamknij

Przeczytaj też: >>

W żółwim tempie przez błota

Czas na Polesiu płynie wolniej. Ale nie dla żółwi błotnych, bo te zagrożone gady giną w coraz szybszym tempie >>