Wychowanie
Wystarczy rozrysować ścigankę
Rozmowa z dr Ewą Sokołowską, pracownikiem naukowym Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie
Edukacja poprzez zabawę – czy to nie nadużywane dziś hasło? Nie zdewaluowało się?
Ewa Sokołowska: – Niektórzy uzależniają to od wieku. Podobno taki rodzaj edukowania powinien być stosowany raczej u dzieci. Tymczasem ja z własnego doświadczenia wiem, że nawet u dorosłych, gdy zabawa i nauka idą w parze, to pasują do siebie. U najmłodszych zaś jest to szczególnie ważne. Wiedza zdobywana przez przysłowiowe pot, krew i łzy może zniechęcać do nauki. Ale gdy towarzyszą temu radość, śmiech, taki spontaniczny, z przepony, to sukces jest prawie pewny. To naukowo zaobserwowane i udowodnione, że w naturalnej, radosnej atmosferze dobrze skutkuje wiele projektów edukacyjnych. Wiedza wtedy po prostu sama wchodzi do głowy.
Dlaczego dziś zwraca się uwagę na szczególną rolę gier planszowych w wychowaniu? Planszówki przeżywają prawdziwy renesans
Bo są faktycznie dobrodziejstwem i odgrywają podwójną rolę. Po pierwsze, co nieraz udowodniła prof. Edyta Gruszczyk-Kolczyńska, są np. doskonałą metodą na wprowadzenie dziecka w świat matematyki. Wystarczy posiadać kostki i rozrysować dowolną, najprostszą grę ścigankę, bądź taką z rozbudowanym wątkiem tematycznym. W prostej ścigance są start i meta oraz łączące je pola węża czy chodnika. Rzuca się kostką i pracowicie odlicza tyle pól, ile kropek na kostce wypadło. Nic tak szybko nie nauczy dziecka rachowania, jak dwie kostki rzucane naraz! Druga rzecz: gry planszowe, te gotowe i te przygotowywane samodzielnie to zabawy, które odbywają się według określonych reguł i zasad, których trzeba przestrzegać. Dzieci uczą się przy nich tego, że obowiązują nas normy, umowy, ustalenia. I jeszcze jedna zaleta: otóż wspólnemu spotkaniu przy planszy bądź zarysowanej osobiście ściganką kartce papieru towarzyszą bardzo silne emocje, z którymi trzeba sobie radzić. Dzieci wykonują proste zadania matematyczne w podobnym podekscytowaniu (w sensie siły emocji), jakie towarzyszy im przy tablicy czy podczas sprawdzianu. Różnica dotyczy często charakteru tych emocji (radosne oczekiwanie, czy się wygra, to jednak nie to samo co podenerwowanie, ale już rozczarowanie z powodu przegranej może być porównywalne i też trzeba sobie z nim poradzić). Można się więc spodziewać, że dzieci, które grają (liczą) i się nie zniechęcają (mimo przegranych) poradzą sobie również z owym napięciem przy tablicy w szkole. Pokonają negatywne emocje, poradzą sobie ze stresem, który czasem negatywnie wpływa przecież na procesy poznawcze.
A takie uczucia jak triumf, przegrana?
Trzeba się jakoś z nimi w sytuacji rywalizacji odnaleźć. I dlatego śmiało można powiedzieć, że w planszówki, te gotowe i samodzielnie wykonane, w przeciwieństwie do gier komputerowych, nie można bawić się samemu. Cała radość wbudowana jest w rywalizację. Łut szczęścia, na równi ze żmudnym planowaniem i odliczaniem, sprzyjają wygranej. Takie gry kształtują w jakiejś mierze inteligencję i odporność emocjonalną. Można przy nich wyrobić w sobie postawę niezrażania się, zarażania innych własnym śmiechem i entuzjazmem, które później bardzo przydają się w dorosłym życiu.
Kiedy edukacja poprzez zabawę jest jeszcze zabawą? Łatwo przeoczyć granicę?
Łatwo. Dziś dosyć często mamy do czynienia z przestymulowaniem wychowanków. Pisze o tym Irena Obuchowska w książce „Dzieci małe i duże, jak je kochać i rozumieć" w rozdziale o tytule „Świat nadmiaru". Ze zjawiskiem mamy do czynienia wtedy, gdy dziecko otrzymuje za dużo bodźców. Kiedy jego łóżeczko w niemowlęctwie jest oblężone zabawkami, a potem jego czas wieku przedszkolnego czy szkolnego jest przeładowany zajęciami. Po tym, gdy dziecko biega z francuskiego na balet, gdzieś po drodze odrabia lekcje z angielskiego, a także zadany materiał bieżący i podstawowy, to planszowa gra edukacyjna raczej go nie ucieszy. Zwłaszcza gdy zostanie zakupiona, bo trzeba, bo inaczej coś się przegapi, czegoś ważnego nie zrobi. W ogóle zasada edukacji poprzez zabawę jest taka, że musi odbywać się w sposób naturalny, niewymuszony. Zabawa powinna trwać dopóty, dopóki dziecko chce się bawić. Dopóki towarzyszy jej śmiech. Nic na siłę. I najlepiej, gdy u młodszych towarzyszem zabawy jest osoba dorosła.















