REKLAMA
Tutaj jesteś: rp.pl » Styl Życia » Wychowanie

Wychowanie

Bez papki i szczebiotania

Monika Janusz-Lorkowska 06-05-2009, ostatnia aktualizacja 06-05-2009 02:10
autor: Darek Golik
źródło: Rzeczpospolita
Ilustracja Józefa Wilkonia z książki Agnieszki  Taborskiej „Blues  Nosorożca”. Twój Styl, Warszawa 2008. Praca pokazywana na wystawie „Doktor Dolittle i inni”
źródło: Rzeczpospolita
Ilustracja Józefa Wilkonia z książki Agnieszki Taborskiej „Blues Nosorożca”. Twój Styl, Warszawa 2008. Praca pokazywana na wystawie „Doktor Dolittle i inni”
Redakcja poleca:

O ilustracjach dla najmłodszych: Inteligencja dziecka jest niezgłębiona, ogromna. Rysując dla nich, nie stosuję żadnych uproszczeń ani rozmiękczeń. Nie słucham rad psychologów, którzy próbują określić, co jest dla dzieci przyswajalne, a co nie – mówi Józef Wilkoń

Rz: Czy można dziś mówić o powrocie polskiej ilustracji dziecięcej?

Józef Wilkoń: Wydawałoby się, że tak. Parę lat temu dzięki inicjatywie kilku młodych kobiet, zazwyczaj mam, powstały małe ambitne wydawnictwa. Ich starania, by wydawać książki z ilustracjami rodzimych twórców, sprawiły, że powiało optymizmem. Dało się zauważyć kilka nowych nazwisk dobrze rokujących na przyszłość.

Ja też zacząłem odczuwać pewną satysfakcję z tego, że coś drgnęło na rodzimym rynku. Pojawiły się reprinty moich starych książek, przychodziły zamówienia na nowe. Na dniach ukaże się „Kocia kołysanka” – bajka mojego autorstwa.

A jednak, obradując w jury ostatniej edycji konkursu na najpiękniejszą książkę roku (organizatorem jest Polskie Towarzystwo Wydawców Książek – red.), z przerażeniem stwierdziliśmy, że nie ma kogo nagrodzić.

Może to tylko słabszy rok?

Mam taką nadzieję. A może nie wszystkie dobre książki powstałe w ubiegłym roku nadesłano na konkurs? Lepiej myśleć, że to niepełny obraz sytuacji.

Co pan sądzi o twórczości młodszych, nagradzanych dziś artystów: Marty Ignerskiej, Moniki Hanulak, Grażki Lange czy Pawła Pawlaka?

Mamy sporo talentów. Może nie są to osoby najmłodsze, z pewnością jednak o pokolenie młodsze ode mnie i moich kolegów. Chcę tu powiedzieć o pięknych książkach Marysi Ekier, Agnieszki Żelewskiej, Elżbiety Wasiuczyńskiej, Pawlaka. Dobrze, że pojawił się Piotr Fąfrowicz. To grupa, która zapowiada jakieś odrodzenie. Czemu jest nieliczna? Nie wiem. Prawdopodobnie problem tkwi w tym, że na wydawanie dobrych artystycznie książek ciągle porywają się tylko wydawnictwa małe. Ale nie są w stanie udźwignąć zbyt wielu nowych wydań w ciągu roku. Wielkie oficyny zaś w większości bazują ciągle na wykupionej licencji. Kupują gotowy produkt z zagranicy, opatrują go polskim tłumaczeniem i już. To bajki, które pod względem grafiki, urody, jakiejś doniosłości, są trzecio-, a nawet czwartorzędne.

Zastanawiał się pan, dlaczego tak kocha się pana ilustracje w Japonii? Odniósł pan tam ogromny sukces.

To wysiłek jednej kobiety! Założyła wydawnictwo, które opublikowało w Japonii ponad 30 książek z moimi ilustracjami. Towarzyszyła im szeroka promocja, zorganizowano mi trzy indywidualne wystawy, biennale ilustracji firmowane moim nazwiskiem, muzea mają ok. 300 moich prac itd. Zrobiła się z tego duża sprawa, ale o wszystkim zadecydował jak zwykle w życiu przypadek: jakimś cudem pewna prężnie działająca pani gdzieś, kiedyś natknęła się na moje ilustracje i one jej się spodobały.

Wyznał pan kiedyś, że pana ambicją jest uchwycenie ruchu i charakteru ilustrowanego zwierzęcia jednym pociągnięciem pędzla. W przypadku rzeźby – dwoma pociągnięciami piły i kilkunastoma ciosami siekiery. To celowe komponowanie według „praw widzenia” dziecka?

Upraszczanie formy, geometryzowanie jej tak, by postacie przypominały te z dziecięcych rysunków?

Niekoniecznie. Bardzo chcę i staram się, by moja twórczość była błyskawicznie odbierana, błyskawicznie interpretowana. Ruch narzędzia, ruch pędzla powinien być zdecydowany, czytelny. Gdy pracowałem w technikach wodnych, okazało się, że duża ilość koloru, tuszu przy umiejętnym położeniu i zmieszaniu plus cudowne uczestnictwo przypadku – dały ciekawe efekty, które złożyły się na „wilkoniowaty” styl. Z pewnością wpisuję się tą twórczością w taszyzm, czyli kult plamy. Pierwszą tak „rozmalowaną” książką była bajka Bechlerowej „O kotku, który szukał czarnego mleka”. Udało mi się tu przy jednym pociągnięciu szerokiego pędzla oddać całą kocią sylwetkę, jej grację i ruch. Jednocześnie zawsze imponowały mi w tradycji kultury, np. japońskiej, malarskie rozwiązania polegające na perfekcyjnym zapisie decyzji ręki.

I tak po okresach rozbuchania i dynamiki w pracy następowało uspokojeniei robiłem rzeczy bardzo wypracowane, nawiązujące do drzeworytu lub naśladujące technikę gobelinową. „Gobelinowy” efekt udawało się uzyskiwać m.in. dzięki papierowi do pakowania cukru, który kiedyś można było kupić w wielu spożywczych sklepach. Miał prześliczną fakturę.

Poprzednia
1 2
Rzeczpospolita
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł Oddano głosów:
Tu nas znajdziesz: Daj znać! DO GÓRY
Zamknij

Przeczytaj też: >>

Na górze zabawek dzieci się nudzą

Dziecku wystarczy 10 – 15 rzeczy, ale odpowiednio dobranych. Więcej nie jest potrzebne - mówi Dorota Zawadzka, psycholog rozwojowy >>