Ścieżka do bogactwa
Którędy do euro
Wicepremier Waldemar Pawlak potępił strategię szybkiego wejścia Polski do strefy euro. Uważa, że nasze plany w tej dziedzinie „powinny zostać zrewidowane. Pochopna decyzja może mieć fatalne skutki dla polskiej gospodarki”
Nie sposób nie zgodzić się z tym stwierdzeniem, podobnie jak z większością argumentacji wicepremiera i ministra gospodarki. To prawda, że „obecnie strefa euro bardziej przypomina dziurawą parasolkę niż tarczę, która chroni przed zawirowaniami na światowych rynkach". Trudno z tą opinią polemizować. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie proponuje, aby już jutro zamienić złotego na euro. Zwłaszcza że ze względu na nasze parametry makroekonomiczne (deficyt, inflacja, dług) jest to niemożliwe.
Jeżeli mimo to szef ważnej siły politycznej wygłasza taką tezę, niewątpliwie coś to znaczy. Po pierwsze, że prezes NKW PSL przed wyborami postanowił coś powiedzieć. Po drugie, że PSL chce przed wyborami zaakcentować odrębne (w stosunku do kogo?) stanowisko w tej sprawie. Niewykluczone, że znaczy to jeszcze coś innego; „nieodłączny koalicjant" chce odłożyć sprawę euroizacji ad calendas graecas, o czym świadczy powołanie się na Margaret Thatcher. Podobno stwierdziła ona, że Wielka Brytania wejdzie do strefy euro „w odpowiednim momencie", który nigdy nie nastąpi.
To, że kwestia euro powraca w kontekście rozpoczynającej się kampanii wyborczej, trochę mnie niepokoi. W swojej naiwności sądziłem, że inteligentni ludzie zawarli w tej sprawie rozsądny kompromis. Zakładał on, że do strefy euro należy wejść wtedy, kiedy będzie to opłacalne i na optymalnych dla Polski warunkach (między innymi kursowych). Aby było to możliwe, należy dążyć do wypełnienia kryteriów z Maastricht w sensownym, ale dość krótkim czasie. Nie jest to żadne wyrzeczenie, ponieważ spełnianie tych kryteriów leży w interesie Polski.
Logiczne, że kiedy strefa euro przeżywa tak poważne problemy, sprawa wejścia do niej jest czasowo nieaktualna. Czas pracuje zatem na naszą korzyść. Możemy rozwiązać swoje wewnętrzne problemy, przestudiować doświadczenia Słowacji, której gospodarka – choć dziesięciokrotnie mniejsza – przypomina naszą. Na razie owe doświadczenia są niejednoznaczne. W Polsce w latach 2009 – 2011 wzrost gospodarczy wyniesie ok. 9,5 proc., a na Słowacji ok. 2 proc. (prawdopodobnie byłoby tak samo, gdyby Słowacja pozostała przy koronie ze względu na uzależnienie tego kraju od przemysłu motoryzacyjnego). Z kolei inflacja w Polsce przekroczyła w tym czasie 10 proc., a na Słowacji sięgnęła 7 proc. Poza tym Słowacja uniknęła podwyżki stóp procentowych i zawirowań kursowych.















