Ścieżka do bogactwa
Kawa droższa od dolara
Sięgam dziś po temat krajowy, nostalgicznie-historyczny. Rzecz będzie o kawie
W PRL pełniła ona funkcję silnej waluty, o czym przypomniała mi oferta zakupu 100-gramowej paczki za 2 zł. Wprawdzie odmówiłem, ale uzmysłowiłem sobie, że teraz za przeciętną płacę mógłbym kupić 1,5 tys. takich paczek. Natomiast w 1955 r. 100 g kawy „naturalnej" kosztowało 39 zł i za średnią płacę można było kupić (jeśli miało się dużo szczęścia) tylko 27 paczek.
W 1970 r. przeciętna pensja była równowartością 70 paczek kawy, ale tylko teoretycznie. „Kawę naturalną" zastąpiła bowiem „kawa wyborowa" (praktycznie nigdy jej nie było) oraz „kawa super" (o 22 proc. droższa). Tajemnica tej kawowej schizofrenii była prosta. „Kawa wyborowa" znajdowała się w koszyku GUS służącym do liczenia inflacji, a „kawa super" – nie. Poza tym, co odkryli dziennikarze „Przeglądu Technicznego", najlepszego wówczas pisma społeczno-ekonomicznego, do jedynej państwowej palarni kawy kupiono automatyczne urządzenia z jedną tylko paczkowarką (na drugą zabrakło walut). Dlatego na końcu taśmociągu stał człowiek, który szuflą wrzucał kawę do worków. I uznano, że w ten sposób powstaje gorsza, a tym samym tańsza kawa wyborowa.
I dalej już tak szło. „Kawę super" zastąpiła „select", tę „extra select". W chwili upadku gospodarki socjalistycznej za średnią pensję można było kupić 68 paczek kosztujących po 3 tys. zł. Jak zatem można wyliczyć, wartość kawy mierzona czasem pracy niezbędnym do zarobienia na jej zakup przez ostatnie 20 lat spadła ponad 20-krotnie.
W tamtych czasach dla urzędniczki rozpatrującej sprawę należało „załatwić" paczkę kawy. Nie wiem, komu to przeszkadzało. Podobnie nie rozumiem, dlaczego dzisiaj, zapraszając damę na kawę, nie można być tak jak kiedyś pewnym sukcesu. I nie ma już porządnie parzonej w szklance kawy po turecku. Taki napój wypity po zjedzeniu fasolki po bretońsku czy ryby po grecku stawiał człowieka na nogi, zmuszając wątrobę do pracy na najwyższych obrotach.
Niestety, statystyki wskazują na gwałtowny spadek sprzedaży kawy mielonej i równie gwałtowny wzrost sprzedaży ekspresów. Jesteśmy więc pojeni czarną smołą podawaną w naczyniach wielkości naparstka. Różnica jest duża. O takich różnicach Stefan Kisiel mawiał kiedyś: „ja tę różnicę poproszę w dolarach". Mimo orędzia prezydenta Obamy i porozumienia demokratów z republikanami nie jestem pewien, czy nie wolałbym otrzymać tej różnicy w kawie.















