Ścieżka do bogactwa
Turbulencje w świecie zadłużonych
Niewykluczone, że najbogatsze państwa będą się jeszcze bardziej zadłużać i gospodarka światowa jakoś będzie funkcjonować. Tyle tylko, że kiepsko
Przez wiele wieków pieniądz powiązany był ze złotem. Był to dość twardy ogranicznik zarówno emisji pieniądza, jak i zadłużenia państw. Teoretyczną podstawą gospodarki finansowej kraju była złota zasada zrównoważonego budżetu. Dlatego państwo prędzej zniknęłoby z mapy świata, niż nie wywiązało się ze swoich zobowiązań.
W ostatnim czasie coraz częściej w stosunku do państw zaczęto używać terminów: bankructwo, upadłość, niewypłacalność. O czymś to świadczy (pomijając fakt, że terminy te, poza niewypłacalnością, mają bardziej publicystyczny niż prawno-ekonomiczny charakter). Zauważmy, że określenia te dotyczą krajów najbogatszych, a nie najbiedniejszych, pieszczotliwie zwanych rozwijającymi się.
Prawda jest bowiem taka, że Japonia oraz dwie federacje państw: Stany Zjednoczone Ameryki i Unia Europejska, wytwarzają 60 proc. światowego PKB (ok. 36 z 60 bln dol.), a ich łączne zadłużenie odpowiada równowartości ich produktów krajowych. Proste zestawienie oprocentowania obligacji tych państw z ich stopami wzrostu gospodarczego pokazuje, że w istocie owe giganty są prawie bankrutami; koszty obsługi długu okazują się większe od kwoty przyrostu PKB. Kraje te zatem funkcjonują jedynie dzięki temu, że rolują długi i z roku na rok powiększają zadłużenie. Polityka taka jest możliwa tylko dlatego, że świat nie wierzy, by najwięksi mogli się stać niewypłacalni, i dalej pożycza im pieniądze.
Na tym tle problem zadłużenia Grecji wydaje się niewielką krostką na ciele trędowatego. Dług Aten wynosi niecałe 450 mld dol. Stanowi to mniej niż 3,5 proc. całkowitego zadłużenia państw Unii. A jednak owe 450 mld zatrzęsło strefą euro, skłaniając poważnych polityków i publicystów do dramatycznych pytań o przyszłość wspólnej waluty, Unii Europejskiej i całego świata. Ubiegłotygodniowy szczyt w Brukseli wydaje się rozwiewać te wątpliwości. Świat będzie trwać, Unia Europejska dalej będzie udawać, że istnieje, a za euro ciągle będzie można kupić pietruszkę na targu w Koluszkach. Raczej pewne jest także, że Stany Zjednoczone nie zbankrutują 2 sierpnia.
Nie zmienia to oczywiście paru prostych faktów. Niewykluczone, że państwa, zwłaszcza te najbogatsze, mogą się zadłużać ad infinitum (do 100, 200, 300... proc. PKB) i gospodarka światowa jakoś będzie funkcjonować. Tyle tylko, że kiepsko. Wzrost będzie wciąż słabł, natomiast zwiększać się będzie niepewność transakcji finansowych. W makroskali coraz częściej dochodzić będzie do turbulencji wymagających kolejnych programów ratunkowych oraz „ilościowego dostosowania".
I nie zapobiegną temu ograniczenia formalnoprawne, takie jak górna granica zadłużenia (w ciągu ostatnich 48 lat była zmieniana przez Kongres 72 razy) czy warunki funkcjonowania w strefie euro (kryteria z Maastricht), których nie wypełnia dziewięć z 11 największych państw mających wspólną walutę.















