Ścieżka do bogactwa
W ekonomii nie ma sprawiedliwości
Dalsze osłabienie naszej waluty będzie powodować wzrost zadłużenia dewizowego w przeliczeniu na złote. I może się okazać, że mimo twardej polityki fiskalnej wielkość nominalna długu przekroczy dopuszczalny limit
W ekonomii rozpowszechnione jest twierdzenie, że jeśli kraj będzie prowadził rozważną politykę gospodarczą, utrzymując równowagę fiskalną i monetarną, to rynek umożliwi mu długotrwały wzrost, minimalizując ryzyko zaburzeń stabilizacji makroekonomicznej. Zaprzeczenie temu prawu byłoby bezsensowne, bo musiałoby oznaczać, że polityka nadmiernych deficytów (najlepiej obu?) jest najlepszym sposobem na długotrwały wzrost i równowagę.
Jest tylko jeden kłopot; rzeczywistość, w której żyjemy, wciąż dostarcza dowodów, że w dość długim okresie prawo to może nie działać. Grecja, Stany Zjednoczone, Portugalia, Islandia, Hiszpania, Włochy... to lista państw, które mogą utracić płynność finansową. Na razie na liście tej nie ma Polski, nawet jeśli wydłużylibyśmy ją o kilka czy kilkanaście pozycji.
I słusznie, bo po pierwszym półroczu deficyt budżetowy Polski wynosi tylko 20,4 mld zł i według realnej prognozy w całym roku nie przekroczy 30 mld zł (2 proc. PKB). Jak na dzisiejsze standardy, jest to znakomity wynik. Ma mocne podstawy fundamentalne, bo produkcja przemysłowa rośnie w tempie 9 proc., a budowlana 20 proc. rocznie. Dynamika eksportu (po pięciu miesiącach) wynosi ponad 17 proc., a inflacja w czerwcu obniżyła się o 0,8 pkt proc. (z 5 do 4,2 proc.). Teoretycznie zatem Polsce nic nie powinno grozić. W szalejącym tsunami kryzysu finansowego nasz kraj powinien być oazą spokoju.
Ale nie jest. Uderzają w nas zawirowania na rynku walutowym. W ciągu ostatniego miesiąca frank szwajcarski podrożał o 40 groszy (15 proc.). Jego kurs tak się ma do parytetu siły nabywczej, jak droga Suwałki – Augustów do Alei Warszawskiej (Warschauer Allee, czyli autostrada Oberhausen – Berlin).
Benzyna w ciągu jednego dnia (17 lipca) potrafi podrożeć o 10 groszy na litrze. Na dodatek Citigroup Inc., a po nim Bloomberg zaliczają złotego – obok forinta, południowoafrykańskiego randa i brazylijskiego reala – do grupy czterech walut najbardziej narażonych na negatywne konsekwencje kryzysu finansowego w UE.
Owe konsekwencje mogą dotknąć nie tylko zadłużonych we frankach czy kierowców. Dalsze osłabienie naszej waluty będzie powodować wzrost zadłużenia dewizowego w przeliczeniu na złote. I może się okazać, że mimo twardej polityki fiskalnej i niewielkiego wzrostu faktycznego zadłużenia jego wielkość nominalna powiększy się tak bardzo, że przekroczy limit ustalony w relacji do PKB. A wtedy cięcia budżetowe będą tak wielkie, że dotkną nas wszystkich. Niewykluczone, że bardziej niż Greków, Amerykanów, Portugalczyków... Nie będzie to sprawiedliwe, ale nikt jeszcze nie udowodnił, że ekonomia jest sprawiedliwa.















