Ścieżka do bogactwa
Egzamin zdany połowicznie
Powinniśmy być nie doliną, ale wyżyną krzemową. Tymczasem naszym największym wynalazkiem, na który patent sprzedaliśmy do wszystkich krajów NATO, jest łyżka, nóż i widelec w jednym
Przekwitły kasztany. To znak, że matury mamy już za sobą. Zarówno w Polsce, gdzie na poważnie odbyły się po raz drugi, jak i w Rosji, gdzie na poważnie miały być po raz pierwszy. Powaga egzaminu w naszym kraju polega na tym, że obejmuje on matematykę, jedyny przedmiot (abstrahując od języków obcych), który sprawdza nie przyswojenie informacji łatwo dostępnych w Internecie, ale zdolność logicznego myślenia.
Wyniki eksperymentalnych matur są już znane. W Polsce matematykę oblało 21 proc. abiturientów, w Rosji zdali... wszyscy. W takiej sytuacji trudno się dziwić, że tytuły prasy rosyjskiej oznajmiały: „wszyscy zdaliśmy egzamin z korupcji".
Oczywiście zaraz po ogłoszeniu wyników do boju ruszyli dobrzy ludzie, którzy ujęli się za biednymi maturzystami „narażonymi na zbędny stres", „zdającymi niepotrzebny egzamin" i „niemogącymi poradzić sobie ze zbyt trudnymi zadaniami". Polemika z dobrymi ludźmi skupionymi w „Gazecie Wyborczej" jest syzyfową pracą i nie podejmowałbym się jej na stare lata, gdyby nie to, że wykształcenie, jak wiadomo, należy do najważniejszych czynników wzrostu.
Patrząc na wskaźniki ilościowe, powinniśmy być nie doliną, ale wyżyną krzemową. Prawie 360 tys. tegorocznych maturzystów, ponad 60-proc. (chyba najwyższy na świecie) stopień skolaryzacji na poziomie pomaturalnym, 7-milionowa armia (20 proc. dorosłej populacji!) ludzi z wyższym wykształceniem. I co? I nic! Naszym największym wynalazkiem, na który patent sprzedaliśmy do wszystkich krajów NATO, jest oficerski niezbędnik (łyżka, nóż i widelec w jednym), wymyślony zresztą za koszmarnych czasów komuny.
Wykazywany we wszystkich badaniach brak wpływu przyrostu wykształcenia na wzrost naszego PKB wynika w oczywisty sposób z tego, że w większości przypadków jest to wykształcenie formalne i pozorne. Nie tylko uczniów, ale i studentów nie narażamy na zbędny stres, nie przemęczamy niepotrzebnymi egzaminami i nie stawiamy ich przed zbyt trudnymi wyzwaniami. W efekcie mamy ponad 200 tys. bezrobotnych z wyższym wykształceniem i coraz powszechniejsze kwestionowanie – bądź co bądź państwowych – egzaminów dyplomowych. Bo przecież po ukończeniu studiów prawniczych nie można wykonywać zawodu prawnika, po uzyskaniu dyplomu lekarskiego nie można leczyć ludzi, a tytuł magistra inżyniera nie wystarcza, aby zostać kierownikiem budowy.
Dlatego jeśli chcemy, aby słowo „wykształcenie" coś naprawdę znaczyło, a pieniądze wydawane na edukację zwracały się poprzez szybszy rozwój gospodarczy, wszystkie egzaminy państwowe, z maturą włącznie, musimy traktować poważnie. To prawda, że pod tym względem jesteśmy trochę lepsi od Rosjan, ale nie do końca.
Zupełnie przeoczono informację, że tylko w regionie łódzkim z powodu ściągania unieważniono 230 prac maturalnych z matematyki. Optymista powie, że w porównaniu z Rosją jest to tysiąc albo i kilka tysięcy razy mniej. Natomiast zdaniem pesymisty polskie szkoły ciągle uczą tego, że ściąganie nie jest żadnym przestępstwem i że w życiu można sobie dać radę bez zbędnego wysiłku. Wystarczy skorzystać z wiedzy i życzliwości przyjaciela.















