Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Przypominajmy światu polskš historię

Jeszcze do niedawna Polacy byli dumni, że majš na koncie zarówno pięknš kartę walki partyzanckiej
Rzeczpospolita, PK Piotr Kowalczyk
Dlaczego muzeum II wojny œwiatowej ma odrzucać logikę chronologii? Czynnika przypominajšcego, że Polacy walczyli najdłużej ze wszystkich europejskich narodów. Dlaczego w momencie, gdy œwiat zapomina o skali eksterminacji narodu polskiego, mamy uciekać od przypomnienia o naszych stratach? – pytajš publicyœci „Rzeczpospolitej”
Na projekcie koncepcji programowej muzeum II wojny œwiatowej, do jakiego dotarła „Rzeczpospolita”, widnieje adnotacja: materiał do dyskusji. Nasz głos w debacie œcišgnšł jednak na nas krytykę autorów koncepcji – Pawła Machcewicza i Piotra M. Majewskiego. Mimo gromów, jakie ciskajš na nas historycy, cieszymy się, że doszło do dyskusji o tym, jak rozkładać akcenty w muzealnej narracji o ostatniej wojnie. Autorzy dziwiš się, że nasza redakcja nie zwróciła się do nich o ten dokument. Uczynilibyœmy to z ochotš, gdyby ktoœ nas poinformował, że taka koncepcja w ogóle powstała. A jeszcze lepiej byłoby, gdyby panowie Machcewicz i Majewski publicznie jš przedstawili. Tymczasem szerzej nie poinformowano nawet o spotkaniu Donalda Tuska i jego doradców z grupš historyków w sprawie muzeum, jakie odbyło się 6 paŸdziernika w Kancelarii Premiera. Że takie wydarzenie miało miejsce, nasza gazeta podała po dwóch tygodniach, gdy dotarła do dokumentu programowego. Trudno się zatem uwolnić od wrażenia, że temat polityki historycznej rzšdu Donalda Tuska otacza aura poufnoœci. Wiele miesięcy temu nasza gazeta zwracała się do Wojciecha Dudy, doradcy premiera w tych kwestiach, z propozycjš napisania tekstu na temat wizji polityki historycznej obecnego rzšdu. Niestety, bez odzewu.
[srodtytul]Niejasne założenia[/srodtytul] Teraz okazuje się, że gabinet Tuska zabiera się do tworzenia nowych muzeów na zasadzie priorytetu. To akurat uważamy za normalne, niepokoi nas jedynie to, że tworzšc tę politykę, unika się szerszej dyskusji na jej temat. A gdy już do niej dochodzi, Paweł Machcewicz i Piotr Majewski nadużywajš zarzutów nieuczciwoœci i „zamykania się w skorupie fobii i lęków”. Emocje, analogiczne do zimniej wojny politycznej, nie sš dobrš cechš dyskusji historycznej. Jesteœmy dziennikarzami i naszym prawem jest przedstawienie tego, co w liczšcym kilkanaœcie stron projekcie uważamy za kluczowe i znamienne. Dlatego największš wagę przywišzaliœmy do zdania otwierajšcego projekt: „Ze względu na lokalizację muzeum i polskš inicjatywę jego powołania wojenne losy Polski i Polaków zostanš w nim wyeksponowane. Nie może to jednak nastšpić kosztem umniejszania doœwiadczeń innych narodów, w tym także Niemców i Rosjan. Należy podkreœlić, że nie zamierzamy tworzyć muzeum martyrologii narodu polskiego ani muzeum chwały polskiego oręża, lecz placówkę uniwersalnš, w której wydarzenia rozgrywajšce się w Polsce stanowiłyby jedynie częœć szerszego obrazu”. Autorzy projektu wyrażajš przy tym poglšd, że ekspozycja nie powinna być ułożona chronologicznie, ale według wymienionych przez nich osi tematycznych. Miałyby one odsłaniać obraz II wojny œwiatowej jako europejskiej, a nawet œwiatowej tragedii. Trudno się dziwić, że tak wyraŸnie zaznaczonš ideę przewodniš ekspozycji uznaliœmy za przemyœlany wybór. W największym skrócie: że to zapowiedŸ dšżenia do wyrównywania proporcji między przedstawieniem polskiego doœwiadczenia ostatniej wojny a ujęciem uniwersalnym. Autorzy podkreœlajš ponadto, że swoje miejsce znajdš w ekspozycji np. cierpienia ludnoœci niemieckiej. Można się przy tym zastanawiać, jak bardzo wystawa będzie miała charakter egzystencjalistycznego hołdu dla każdego cierpienia, a w jakiej mierze wybite zostanš zwišzki skutkowe między agresjš Niemców i wynikajšcymi z niej konsekwencjami. Skoro autorzy projektu przyjmujš dosyć niejasne założenia, niech się nie dziwiš, że powstajš zastrzeżenia lub znaki zapytania. Dla nas nie jest obojętne, jakie będš praktyczne wybory autorów ekspozycji. A nasze wštpliwoœci sš tym większe, im bardziej niekorzystne dla wizerunku Polaków sš przemiany, jakie zaszły w spojrzeniu na ostatniš wojnę. [srodtytul]Dwa obozy[/srodtytul] W czasie II wojny i w cišgu pierwszych 20 lat po jej zakończeniu Polacy przyzwyczaili się do tego, że Europa i œwiat sš podzielone: na obóz zwycięskiej koalicji oraz grupę państw, które wojnę przegrały, z hitlerowskimi Niemcami na czele. Walka z Hitlerem nobilitowała, kolaborowanie – hańbiło. Na państwa neutralne patrzono z ambiwalencjš. Ci, którzy w wojnie z Hitlerem stracili bardzo wiele, jak Polacy, rekompensowali sobie straty materialne poczuciem, że w krytycznej dla naszego kontynentu chwili dokonali godnego wyboru. Polacy byli dumni, że majš na koncie zarówno pięknš kartę walki partyzanckiej, jak i udział w walce u boku Anglii i ZSRR. Na fali dumy z likwidacji nazizmu swój udział w wojnie starały się wtedy podkreœlać prawie wszystkie kraje. Francja na plan pierwszy wysuwała postać generała Charlesa de Gaulle’a i ruch oporu Résistance. Ze swoich partyzantów dumne były Jugosławia i Grecja. O własnym ruchu oporu przypominała Norwegia, a Czechosłowacja szczyciła się jednostkami na Zachodzie i czciła masakrę Lidic. Hańbę państwa księdza Tisy równoważono wyolbrzymianym słowackim powstaniem narodowym. Nawet Bułgaria i Rumunia, które długo były wasalami III Rzeszy, na gwałt reklamowały swój udział w walce z Niemcami w ostatnich miesišcach wojny. To przekonanie, że prawie każdy walczył z Hitlerem, było też echem propagandy aliantów, która sugerowała, że cała Europa, jak jeden mšż, opiera się teutońskiej nawale.Ale były i kraje-potępieńcy. Oczywiœcie Niemcy, ale i takie państwa jak Węgry czy Finlandia. Polacy mieli też – bardziej nieoficjalnie – złe wspomnienia dotyczšce Ukraińców, Łotyszów czy narodów azjatyckich, które zacišgały się do oddziałów III Rzeszy. Podział alianci – naziœci i oficjalna ideologia PRL spychały w cień los ofiar ZSRR. Było to tym łatwiejsze, że wiele z tych ofiar – np. narody bałtyckie czy Ukraińcy – naznaczonych było piętnem kolaboracji z Hitlerem. Nawet na tym tle Polacy byli w dosyć komfortowej sytuacji. Mogli być œwiadkami zbrodni Stalina, a jednoczeœnie nikt nie mógł im zarzucić kolaboracji z nazizmem. Trudno ocenić, w jakim stopniu pozwoliło to nam utrzymywać w czasach komuny stosunkowo zdrowy kręgosłup moralny. Choć pozbawieni Kresów i spętani komunistycznš gospodarkš, Polacy czerpali dumę ze swej postawy w czasie wojny. [srodtytul]Czy historia staje na głowie[/srodtytul] Wydawało się, że ten historyczny kapitał wzroœnie po odzyskaniu niepodległoœci. Jednak im więcej czasu mijało od zakończenia wojny, tym kapitał ten bladł. Zwłaszcza że Polacy, przyzwyczajeni do myœlenia o wojnie jako zmaganiu narodów: dobrych i złych – stanęli wobec nowego zjawiska. Od lat 70. w Europie następowało przedefiniowanie istoty dziejów ostatniej wojny w stosunku do wyjštkowoœci Holokaustu. To nowe ujęcie zepchnęło nieco w cień chwałę militarnych zmagań, a na plan pierwszy wysunęło heroizm martyrologii. Kolejne pytanie było stawiane w często niekorzystnym dla nas kontekœcie: czy Polacy oraz inne narody okupowanej Europy skorzystali na zagładzie ich współobywateli? Czy zrobiono dostatecznie dużo, by się Zagładzie przeciwstawić?Kolejnš cezurš był upadek komunizmu i fala przypominania sobie krzywd przez byłych wasali ZSRR. Na zasadzie odreagowania wyrazistoœci nabrały zbrodnie sowieckie, co z kolei naruszyło moralnš jednoznacznoœć starego wzorca: dobrzy alianci kontra Ÿli Niemcy. Tę lukę wykorzystali niektórzy niemieccy i wschodnioeuropejscy publicyœci, którzy zaczęli nagłaœniać ofiary wœród Niemców, Chorwatów czy Węgrów – ze „zbrodniš wysiedleń” na czele. To wtedy niemiecka dziennikarka Helga Hirsch zadała pytanie (notabene na łamach „Rzeczpospolitej”), czy ból Niemki, której dziecko zostało zasypane podczas nalotu bombowego w Œwinoujœciu, musi być mniejszy od bólu Polki, której syn, będšcy członkiem podziemia, został zastrzelony na Pawiaku? Zdaniem niemieckiej publicystki historia od stawiania takich tez nie staje na głowie. Odwrotnie – normalnieje. [srodtytul]Tradycja coraz bardziej niczyja[/srodtytul] Czy rzeczywiœcie? Zależy od punktu widzenia. Wielu Niemców odetchnęło z ulgš. Wreszcie mogli się uwolnić od miana spadkobierców „największego zła w historii dziejów”. Współbrzmiało to z rewizjonizmem historycznym takich naukowców jak Ernst Nolte, którzy już wczeœniej wskazywali, że bestialstwo Stalina winno skłaniać do bardziej zrelatywizowanej oceny zbrodni III Rzeszy. Dla nas te nowe trendy nałożyły się na niekorzystne tendencje europejskie. Jako pierwsza zbladła sława Polaków jako narodu, który pierwszy odważnie wystšpił przeciwko III Rzeszy. Od lat 90. wzmocnieniu ulega tendencja, by agresję na Polskę z 1939 roku dołšczać do takich sukcesów Hitlera jak zdobycie Austrii i Czech. Za datę rozpoczęcia II wojny coraz częœciej uznaje się rok 1941, co odpowiada historykom sowieckim, amerykańskim, a także badaczom Holokaustu, którzy wišżš z tym poczštek ludobójstwa na Żydach na gigantycznš skalę. Na dodatek w ostatnich latach zaczęliœmy być œwiadkami sytuacji, w której tradycja walki koalicji antyhitlerowskiej z nazizmem staje się coraz bardziej niczyja. Ameryka i Wielka Brytania sięgajš po niš stosunkowo rzadko. Rosja skupia się na micie wielkiej wojny ojczyŸnianej, który znajduje także oddŸwięk w takich krajach byłego ZSRR, jak Białoruœ czy Kazachstan. A gdy Rosja sięga już po tradycję walki koalicji antyhitlerowskiej, to albo dostosowuje się do nowych trendów, przypominajšc, że to armia sowiecka wyzwoliła Auschwitz, albo usiłuje kokietować niš nowych sojuszników. To z tego powodu w maju 2005 r. w czasie obchodów 60. rocznicy zakończenia wojny ówczesny prezydent Władimir Putin wspominał niemieckich i włoskich antyfaszystów, a polski udział w rozgromieniu Hitlera demonstracyjnie przemilczał. [srodtytul]Niemcy czy naziœci[/srodtytul] Osobnym zjawiskiem jest proces degermanizacji odpowiedzialnoœci za II wojnę œwiatowš, co słusznie zauważył Jarosław Marek Rymkiewicz w „Kinderszenen”. Niemcy jako sprawcy nieszczęœć z lat 1933 – 1945 ustępujš miejsca „nazistom” czy „hitlerowcom”. Będšc z zasady przeciwnikami odpowiedzialnoœci zbiorowej, nie możemy jednak tego procesu nie uznać za przekłamywanie historii. Gdyby przyjšć tę perspektywę, musielibyœmy uznać, że w 1939 roku hitlerowcom opór stawiali rydzoœmigłowcy, a bitwę o Anglię wygrali churchillowscy lotnicy. Nie sposób też zaprzeczyć, że naziœci niemal do końca wojny cieszyli się olbrzymim poparciem społeczeństwa niemieckiego. Naziœci dosłownie kupili społeczeństwo niemieckie dobrobytem, o czym pisze Götz Aly w ksišżce „Państwo Hitlera”. Tak długo, jak długo wojna toczyła się z dala od granic Niemiec, przeciętny obywatel III Rzeszy bardziej mógł się cieszyć życiem niż kiedykolwiek wczeœniej w historii. „Kiedy wojna przyszła do Niemiec” – tak zatytułował cykl artykułów niemiecki tygodnik „Spiegel”, zwracajšc uwagę, że nie miała ona aż tak przerażajšcego charakteru jak zbrodnie niemieckie na Wschodzie. Chylimy głowy przed dziesištkami tysięcy zgwałconych kobiet i dziewczyn niemieckich, przed ofiarami „Wilhelma Gustloffa”. Jednak nie sposób nie dostrzec, że Niemcy nie zaznali większoœci krzywd, jakie były udziałem Żydów, Polaków, Ukraińców, Rosjan, Białorusinów – palenia stodół, koœciołów i synagog z żywymi ludŸmi w œrodku, komór gazowych, zaplanowanych masowych egzekucji przedstawicieli elit, pacyfikacji całych wsi i regionów. Autorzy projektu gdańskiego muzeum przekonujš, że ich koncepcja jest powodowana chęciš dotarcia do jak najszerszej grupy odbiorców. Proponujš więc, by nadać wystawie charakter uniwersalny. Trudno się z tym zgodzić. Nikt nie œmiałby przecież zaproponować Izraelczykom uniwersalizacji Yad Vashem. Do czego zaœ może prowadzić europeizacja pewnych problemów, można się było przekonać, oglšdajšc wystawę Eriki Steinbach w Berlinie. Media niemieckie relacjonowały, że oddano hołd nie tylko niemieckim wypędzonym – co było prawdš. Mało kto zauważył jednak, że rzucenie tematu wysiedleń na europejskie tło włšczyło Niemców do klubu ofiar. Jeœli postanowiliœmy dokonać tak długiej analizy erozji tradycji dumy z udziału w walce antyhitlerowskiej, to po to, by pokazać, że ta tradycja powinna być polskim skarbem i kapitałem. Musimy przypominać Europie, że walczyliœmy z nazizmem z własnej inicjatywy i bez tchórzliwej chwiejnoœci. Mamy naprawdę duży dług wobec naszych dziadów, których bohaterstwo zostało w Europie zapomniane. To nasz kapitał, który nie wymaga sztucznej heroizacji – jak dzieje się to w wypadku upiększania legendy o spiskowcach von Stauffenberga w Niemczech. Ten kapitał na Zachodzie bywa zresztš odkrywany czasami przypadkiem, jak stało się to ze szwedzkš grupš Sabaton, która nagrała piosenkę o polskich bohaterach spod Wizny w 1939 r. [wyimek]Można się zastanawiać, jak bardzo wystawa będzie miała charakter egzystencjalistycznego hołdu dla każdego cierpienia, a w jakiej mierze wybite zostanš zwišzki skutkowe między agresjš Niemców i wynikajšcymi z niej konsekwencjami[/wyimek] Na tle bogactwa tego kapitału niemal absurdalna wydaje się nieufnoœć częœci naszych elit wobec koncepcji polityki historycznej, jakš zaproponowało Muzeum Powstania Warszawskiego. Stopień podejrzliwoœci wobec tej koncepcji zdumiewa. [srodtytul]Moda na przesiedlenia[/srodtytul] Dopiero na tym tle można zrozumieć, dlaczego nie potrafimy reagować spokojnie na założenie, że gdańska placówka nie będzie ani muzeum chwały oręża polskiego, ani miejscem przypominania polskiej martyrologii. Dlaczego muzeum ma odrzucać logikę chronologii? Czynnika, który przypomina, że Polacy walczyli najdłużej ze wszystkich europejskich narodów. Dlaczego akurat w momencie, w którym zapomniano o skali eksterminacji narodu polskiego, mamy uciekać od przypomnienia o naszych stratach? I jeszcze jedno. Projekt w aż trzech miejscach podkreœla wagę zjawiska przemieszczania ludnoœci. To temat ważny, ale jeszcze 20 lat temu był słusznie traktowany jako mniej istotny od podstawowego doœwiadczenia Polaków – masowych mordów. Temat wysiedleń z racji siły ziomkostw został sztucznie wyeksponowany w Niemczech i dziœ na siłę łšczony jest z takimi zjawiskami jak np. wysiedlanie Żydów. Gdy czytamy w projekcie parokrotne nawišzania do kwestii przesiedleń, to mamy prawo uważać, że jest to podchwytywanie mody historycznej zza Odry. Paweł Machcewicz i Piotr Majewski w nieładny sposób próbujš udowadniać, że stawiamy sprawę na zasadzie alternatywy: albo eksponowanie polskich cierpień, albo uniwersalizm europejski. Na dobrej wystawie musi być miejsce i na jedno, i na drugie. Ale proszę się nie dziwić, że oczekujemy wyraŸnego ukazania losu naszych ziem. Byłoby absurdem, gdyby we wszystkich innych stolicach przedstawiano losy wojny z podkreœlaniem własnych chwalebnych czynów i swoich ofiar, a tylko w Gdańsku z aptekarskš dokładnoœciš mierzono polskš specyfikę. Czy tak będzie, nie wiemy. Chcielibyœmy, żeby autorzy wystawy pozytywnie nas zaskoczyli. Bo także nam nie jest wszystko jedno. [ul][li][i][link=http://www.rp.pl/artykul/211154.html]Zarys koncepcji programowej muzeum II wojny œwiatowej [/link][/i][/li][/ul]
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL