Śledztwo "Rz" i Polsatu News
Pułapka na Piesiewicza
Za szantażem na senatora stali gwałciciel, alkoholik i złodziejka. - Wstydzę się - wyznaje Jan W.
W poniedziałek ma być gotowy akt oskarżenia wobec ludzi, którzy zniszczyli karierę Krzysztofa Piesiewicza – senatora, scenarzysty i prawnika. W 2008 r. nagrali jego intymne spotkanie z kobietami, podczas którego wciągał biały proszek, a potem odsprzedawali mu kolejne taśmy. Choć senator zapłacił w sumie 600 tys. zł, filmiki i tak trafiły do prasy – opublikował je "Super Express", a Piesiewiczem zainteresowała się prokuratura.
Kim są ci, którzy zdecydowali o nagraniu senatora i potem go szantażowali? Jakimi motywami się kierowali? Jak do tego doszło? "Rz" i Polsat News dotarły do szokujących dokumentów i zeznań świadków, opisujących kulisy szantażu polityka.
Z naszych ustaleń wynika, że prokuratura chce oskarżyć Zbigniewa S., Joannę D. i Halinę S., którzy byli już skazani za liczne przestępstwa – kradzieże, korupcję, napad z bronią w ręku, gwałt. Zawiadomi też urząd skarbowy, że zataili otrzymane od Piesiewicza pieniądze. Czwarty szantażysta Jan W. wystąpi przed sądem jako świadek.
Jan W., co lubił wódkę
40-letni Jan W. to były stołeczny biznesmen (dziś bankrut), który zasadniczą służbę wojskową zaliczał jako kierowca milicyjnej kantyny. Reporterzy "Rz" i Polsat News wysłuchali jego spowiedzi.
– Co mam wam powiedzieć, że żałuję tego, co zrobiłem?! – Jan W. nerwowo zaciąga się papierosem. – Tak, żałuję, i to bardzo, że zostałem wciągnięty w to całe bagno. Chcę jednak zwrócić pieniądze senatorowi, całe 120 tys. zł (z materiałów śledztwa wynika, że W. wziął ok. 150 tys. zł – red.), które od niego wziąłem za te płyty. Pan Piesiewicz to naprawdę wspaniały człowiek, no, może z nutą jakichś dewiacji, ale znałem gorszych dewiantów.
– Skąd weźmie pan pieniądze dla senatora?
– Moja mama obiecała, że wystąpi do banku o kredyt. Ja nie mam się co ubiegać, nikt mi go nie da przecież. Jestem bankrutem. Wrócę jednak do pracy, będę ciężko tyrał, aby wszystko naprawić. Wiem, że to ja zniszczyłem życie senatorowi. Zrobiłem mu straszliwe świństwo.
Cała historia zaczęła się na początku 2008 r. w warszawskim pubie, gdzie niestroniący od alkoholu Jan W. zaprzyjaźnił się z 50-letnim Zbigniewem S., ps. Niemiec. "On wówczas zaczął mnie wozić, gdy chciałem pojechać na jakąś imprezę, spotkanie z alkoholem" – czytamy w zeznaniach Jana W. z listopada 2008 r.
W. szastał pieniędzmi. Za 160 tys. zł kupił hummera. Zaraz odsprzedał go za 100 tys. zł i zaczął jeździć luksusowym audi. Z S. chodzili do modnych klubów, spali w drogich hotelach. "W lipcu 2008 r. (...) poznałem Rosjankę o imieniu Marina, z którą wyjechałem nad morze. Jeździliśmy po Wybrzeżu. Znajomość z Mariną trwała około miesiąca (...). Wydałem (wtedy – red.) sporą sumę pieniędzy na kolacje, prezenty, biżuterię, myślę, że około 60 tys. zł, jak nie lepiej" – zeznał Jan W.
– Zbigniew S. imponował mi – przyznaje dziś Jan W. Czym? "Niemiec" przechwalał się znajomościami w świecie przestępczym. – Mówił, jak to z ludzi sieczkę robił. Wszyscy go znali, gdy wchodził do knajpki, mnie nikt. Byłem wtedy dumny, że ja, drobny pijaczek, znam takiego Zbyszka, mającego układy w mieście. Gdy trzeźwiałem, rodzina i znajomi się ze mnie śmiali. Byłem głupi – podkreśla.
Zbigniew W. – gwałt i mydło
Z naszych ustaleń wynika, że Zbigniew S. w 1997 r. został skazany na dziewięć lat więzienia za gwałt i napad z bronią w ręku. Policjanci wskazywali na bezwzględność działań grupy, do której należał "Niemiec". "(...) mężczyźni dokonują napadów rabunkowych na agencje towarzyskie z użyciem broni palnej, rabują i gwałcą zastane tam osoby" – czytamy w notatce z lutego 1995 r. Funkcjonariusze podejrzewali, że grupa ta napadła na przynajmniej pięć stołecznych agencji. Sąd udowodnił Zbigniewowi S. trzy napady z bronią w ręku, podczas których ukradł telefon wart 370 zł, 600 zł gotówką, kalkulator za 50 zł i biżuterię za 1,2 tys. zł.
25 stycznia 1995 r. Zbigniew S. z kolegą zgwałcili Katarzynę M., współwłaścicielkę jednej z agencji. "Byłam wówczas w 7-tygodniowej ciąży, którą poroniłam prawdopodobnie na skutek stresu po 3 – 4 dniach po tym zdarzeniu (...). Każdemu z mężczyzn, którzy mnie zgwałcili, mówiłam, że jestem w ciąży (...)" – zeznała na policji kobieta. Dodała, że po gwałcie S. ukradł z jej łazienkowej szafki szampon i mydło. Sąd skazał "Niemca" także za gwałt na Monice J. z innej agencji towarzyskiej.














