Publicystyka
Chrońmy kobiety przed polityką
Kobiety nie poprawiają polityki. Wręcz przeciwnie: polityka psuje kobiety. Wchodząc w to środowisko, stają się bardziej od mężczyzn brutalne, perfidne i fałszywe – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
Swego czasu bardzo popularne było w polskich mediach określenie „temat zastępczy”. Szermowano nim głównie w celu zdyskredytowania tradycyjnych pól zainteresowania politycznego katolicyzmu – wzorcowym tematem zastępczym obwoływano aborcję, dopóki zmiana prawa w tej kwestii nie stała się sztandarowym postulatem lewicy.
Nic się nie zmieni
Nic jednak bardziej nie zasługuje na miano tematu zastępczego, niż wymyślony przez grupy feministyczne organizujące tzw. Kongres Kobiet postulat parytetów płciowych na listach wyborczych. Zaproponowana przez te środowiska ustawa nie niesie absolutnie żadnych skutków praktycznych.
Bardzo przekonująco udowodnił to, popierając stosownymi obliczeniami, dr Jarosław Flis – którego wywodu nie mogę w pełni zacytować z braku miejsca – wskazując, w największym skrócie, że nasza ordynacja narzuca gigantyczną nadliczebność kandydatów. W okręgu, gdzie realnie ma szansę na zdobycie jednego – dwóch mandatów, partia wystawić musi listę kilkunastu, niekiedy ponad 20 osób, które z założenia są tylko wyborczą massa tabulettae.
W tej grupie można dowolnie i bezpiecznie dla systemu ustalać sobie dowolne parytety nie tylko dla kobiet, ale też, jak niegdyś w FJN, dla pracowników umysłowych i fizycznych, mieszkańców wsi i miast, a nawet dla łysych i długowłosych – i tak „nie wchodzą”.
O faktycznych szansach wyborczych decyduje umieszczenie przez szefa partii na „mandatowym” miejscu, a niekiedy popularność w regionie – tu autor analizy podawał przykłady, gdy silnie zakorzeniona na Podkarpaciu szefowa lokalnych struktur PO wygrała z przysłanym z Warszawy byłym przewodniczącym „Solidarności”, ale także odwrotnie, przykłady, gdy kobieta spadochroniarz (a takie kandydatki mielibyśmy w wypadku odgórnego realizowania przez partie parytetów) przegrywała ze znanym lokalnym działaczem startującym z niższego miejsca.
„Parytetowe” prawo jest więc z zasady zmianą niczego niezmieniającą i tym tłumaczyć należy fakt, że temat wyraźnie „szarpnął” w politycznej debacie. Nasza polityka „dzieje się” bowiem głównie w sferze pozorów i symboli, polega na nieustannym międleniu w całodobowym radiowo-telewizyjnym maglu tych samych tez, najlepiej ideologicznych, bo o takich można w nieskończoność.
Znaleźć jakiś sposób
Inicjatywa feministek, nie będąc dla nikogo groźna, zarazem daje politykom możliwość toczenia długich sporów na wysokim poziomie ogólności. A przy tym daje możliwość łatwego stworzenie pozoru, że robi się coś dobrego, no bo „zwiększanie roli kobiet w polityce” kojarzone jest jako opowiadanie się po stronie kobiet, a przecież ładnie jest być za kobietami, a nie przeciw nim.
Tu właśnie tkwi przyczyna, dla której mimo całej pozorności i nonsensu zaproponowanego prawa warto się do sprawy odnosić. Grupie ideolożek, które stały za Kongresem Kobiet, udało się bowiem w opakowaniu inicjatywy z praktycznego punktu widzenia pozbawionej znaczenia, a przez to łatwej do przeprowadzenia najpierw przez gremium kobiece, do którego zaproszono w większości uwiarygodniające działania „ideologicznych żołnierek” niefeministki (nawiasem mówiąc, modus operandi feministek jest dokładnie taki sam, jaki ongiś stosowali komuniści), a potem przez Sejm wpłynąć bardzo poważnie na debatę publiczną.
Mówiąc prościej – ten projekt nie miał zapewnić kobietom, używając języka działaczek, większej reprezentacji w parlamencie. Miał odegrać rolę pedagogiczną, przeorać debatę publiczną i wprowadzić do niej stereotyp wynikający wprost z feministycznej ideologii.
Oto bowiem właściwie wszyscy uczestnicy debaty publicznej poczuli się w obowiązku podpisać pod stwierdzeniem, że działania na rzecz „zwiększenia udziału kobiet” w polityce są zasadniczo słuszne i godne poparcia. Dotyczy to także tych, którzy rozsądnie zobaczyli w parytecie płciowym nawrót do przywołanej tu wcześniej dbałości o odpowiednią reprezentację wszystkich grup społecznych w Sejmie Peerelu.













