Polityka
Tusk kontra Schetyna: cicha wojna w Platformie
Oto plan premiera wobec Schetyny: zwasalizować, ale nie zniszczyć. By dalej był ktoś, kto przycina ambicje przywódcze innych polityków PO
Jeśli zastosować powiedzenie o walce buldogów pod dywanem do obecnej sytuacji na szczytach władzy Platformy Obywatelskiej, trzeba dodać, że bój toczy się pod grubą warstwą kilku dywanów. I nawet najbardziej pogryzione buldogi udają, że nic im się nie stało.
Politycy PO są dyskretni w kwestii konfliktu między Donaldem Tuskiem i Grzegorzem Schetyną. Ten jednak trwa. Raz słabnie, raz się nasila, więc dziś trudno stwierdzić, czy skończy się pojednaniem czy politycznym mordem. Tusk ciężko zranił Schetynę i dotkliwie upokorzył, ale ciągle go potrzebuje. Bo przycinany przez Tuska Schetyna sam ma przycinać rosnące ambicje przywódcze Bronisława Komorowskiego, Janusza Palikota i Jarosława Gowina.
Przed starciem ostatecznym
Wśród polityków PO im dalej od dworów obu antagonistów, tym więcej jest nadziei, że dojdzie do pojednania. W oczach szeregowych posłów wojna między Tuskiem i Schetyną jest całkowicie nielogiczna. – Oni są na siebie skazani – to zdanie, które najczęściej można usłyszeć.
W maju odbędzie się kongres Platformy, podczas którego Tusk ma ogłosić start w wyborach prezydenckich i ewentualnie wskazać następcę na stanowiskach szefa rządu i partii. Posłowie PO karmią się nadzieją, że dzisiejsza wojna to tylko efekt przedkongresowych emocji i gier interesów. Ludzie będący bliżej rozgrywki oceniają jednak sytuację jako bardzo poważną.
Według opinii części rozmówców "Rz" z PO jest już za późno na pojednanie między dawnymi przyjaciółmi. Najbardziej optymistyczny wariant to kruche zawieszenie broni do czasu wyborów prezydenckich. A potem ostateczne starcie, na wzór "szorstkiej przyjaźni" między Aleksandrem Kwaśniewskim i Leszkiem Millerem.
Natomiast część kierownictwa partii jest przekonana, że dzisiejsze boje to wstęp do innego scenariusza, wedle którego Tusk nie zamierza całkowicie niszczyć Schetyny – choć mógłby. Bo mimo że za szefem klubu stoi cały stworzony przez niego aparat partyjny, jednak najwyższym autorytetem PO wciąż jest premier. Więc tylko upokarza Schetynę, bawi się jak kot złapaną myszą, ale nie dobija. Bo nie chce, by w jego miejsce wyrósł mu inny konkurent.
Stosunki obserwowane
Niewtajemniczeni grę między Tuskiem a Schetyną próbują rozszyfrować, obserwując zachowanie obu liderów na oficjalnych spotkaniach. Po opłatku PO w warszawskim Teatrze Wielkim (w środę, 16 grudnia) szeregowi posłowie byli uradowani, że Tusk, Schetyna i Komorowski zgodnie stali obok siebie i gawędzili w przyjaznej atmosferze. Przemówienie premiera było wysłuchane najuważniej i najdłużej oklaskiwane. Schetyna ograniczył się do kilku zdawkowych zdań. Wykorzystał to Komorowski, wygłaszając przemowę uznaną przez słuchaczy za dobrą.
To zdarzenie – mimo że wiadomo, że Schetyna nie umie i nie lubi przemawiać – posłużyło do doszukiwania się odpowiedzi, kto się wznosi, a kto spada w partyjnej hierarchii. Nie umknęło też niczyjej uwadze, że resztę wieczoru Schetyna spędził nie w towarzystwie Tuska, lecz Mirosława Drzewieckiego i Zbigniewa Chlebowskiego. Rzec by można – w grupie wsparcia dla skrzywdzonych (we własnym mniemaniu) przez Tuska.
Tak pilnie relacje między premierem i szefem klubu są obserwowane na każdym spotkaniu. Gdy kilka tygodni temu na zebraniu zarządu partii Tusk odnosił się z ostentacyjną serdecznością do Schetyny, ze strony tego drugiego spotkał się z chłodną obojętnością.
Słusznie – twierdzi jeden ze świadków, sojusznik Tuska – bo owa serdeczność była grą wobec innych członków partii. Z kolei na uroczystej kolacji podczas kongresu Europejskiej Partii Ludowej w Bonn na początku grudnia Tusk nie zamienił ze Schetyną ani słowa. Kolacja trwała trzy godziny, a świadkami tego było kilkudziesięciu polityków PO. Sygnały bywają sprzeczne. Z jednej strony Tusk publicznie upokarza Schetynę i bardzo krytycznie się o nim wypowiada, także w obecności ludzi spoza Platformy. Nazywa go np. "nosorożcem", twierdząc, że Schetyna swoimi obyczajami przypomina to afrykańskie zwierzę. Z drugiej – nie uszczuplił jego imperium. Pozwolił zachować wpływy w MSWiA i rządzie.















