Wspomnienia
Marek Edelman nie żyje
Śmierć bohatera. Ostatni z przywódców powstania w getcie warszawskim, lekarz kardiolog, zmarł w Warszawie. Miał 87 lat.
Maj 1943. Warszawa. Huk pękających granatów i walących się budynków. Gęsta kanonada i ludzkie krzyki. Nad ulicami unoszą się kłęby gęstego dymu. Getto płonie. Po aryjskiej stronie muru otwiera się właz kanalizacyjny i wychodzi z niego kilkudziesięciu Żydów. W brudnych ubraniach, przestraszeni i zdenerwowani. Część krwawi. Ledwie uszli z życiem, są rozbrojeni psychicznie. W każdej chwili może wybuchnąć panika.
– I wtedy z włazu wyszedł Marek. Choć minęło blisko 70 lat, pamiętam to, jakby to było wczoraj. Marek był całkowicie spokojny i opanowany. Na wszystkich obecnych, także i na mnie, zrobiło to wielkie wrażenie, wszyscy od razu się uspokoili – wspomina podwładny Edelmana podczas walk w getcie Kazik Ratajzer. – Właśnie w taki sposób Marek dowodził. Nie tracił głowy nawet w tej straszliwej, beznadziejnej sytuacji, w jakiej przyszło nam walczyć. Jakkolwiek patetycznie by to zabrzmiało: zapisał wtedy piękną kartę.
Jasność umysłu
Kazik Ratajzer po wojnie zamieszkał w Izraelu, ale z Edelmanem przyjaźnił się do końca. Spotykali się regularnie w Polsce lub w Paryżu, później Edelman kilka razy pojechał do Izraela. – Ostatni raz odwiedziłem go w zeszłym miesiącu. Był już w bardzo kiepskiej formie fizycznej. Ale psychicznie zupełnie co innego! Zupełnie jak wtedy, w 1943 roku. Marek w swojej najlepszej formie. Do końca zachował jasność umysłu. Trudno opisać, jak wielką stratą jest jego odejście – mówi Ratajzer.
Edelman rzeczywiście do końca pozostał aktywny. Jeszcze niecałe dwa tygodnie temu udzielił wywiadu „Rzeczpospolitej”. Opowiadał wówczas o zmarłej prof. Barbarze Skardze. – Była osobą ukształtowaną jeszcze przez przedwojenną Polskę. O społeczeństwie myślała kategoriami tamtej epoki. Niewiele takich osób pozostało już w polskim życiu publicznym – mówił Marek Edelman.
Pytany o to, co jest najważniejsze w życiu odpowiedział: "W zasadzie najważniejsze jest samo życie. A jak już jest życie, to najważniejsza jest wolność. A potem oddaje się życie za wolność. I już nie wiadomo, co jest najważniejsze"
Właśnie odeszła kolejna z nich. Edelman był bowiem „dzieckiem II RP”, urodzony w Homlu – prawdopodobnie w 1922 roku – dzieciństwo i młodość spędził w Warszawie. Jako syn znanej działaczki BUND-u Cecylii Percowskiej wyrastał w domu pełnym polityki i spraw publicznych. Już jako dziecko wstąpił do działającego przy BUND-zie Socjalistycznego Związku Dziecięcego, następnie do samej partii, a wreszcie, podczas okupacji, był jednym z twórców Żydowskiej Organizacji Bojowej. Edelman na zawsze pozostał BUND-owcem, a więc zadeklarowanym antysyjonistą.
I choć w polskim środowisku żydowskim odgrywał rolę najwyższego autorytetu, często szokował ostrą krytyką Państwa Izrael. – Oni zachowują się jak pospolici gangsterzy. Czy pan wie, co te bandziory wyrabiają tam z Palestyńczykami? – mówił, charakterystycznym dla siebie ostrym językiem, w jednym z wywiadów dla „Rz”.
– Edelman jako BUND-owiec uważał, że miejsce polskich Żydów jest w Polsce. Tworzenie państwa żydowskiego na Bliskim Wschodzie uważał za błąd. W związku z tym byli w Izraelu ludzie, którzy za nim nie przepadali. Dla wielu był niewygodny – mówi „Rz” Benjamin Anolik, ocalały z Holokaustu, jeden z założycieli kibucu im. Bohaterów Getta w Izraelu.
Mimo krytycznego stosunku do żydowskiego państwa, dla większości Izraelczyków Edelman był jednak jednym z największych bohaterów. Represjonowany w 1968 roku. Jego żona z dziećmi zdecydowała się wyjechać do Francji, ale on nie chciał o tym słyszeć. – Co to, ktoś mi będzie narzucał, co ja mam robić i gdzie ja mam jechać? – mówił. I dodawał: – Poza tym ktoś przecież musiał zostać z tymi wszystkimi, którzy tu zginęli.
Ostatnie obchody
Edelman pozostał aktywny politycznie również w wolnej Polsce, działał w Unii Demokratycznej i jej kolejnych mutacjach. Co roku, w rocznicę wybuchu powstania w getcie, organizował prywatne, niezależne od oficjalnych, obchody. – Podczas ostatnich obchodów przyjechał na wózku. Miał wielkie kłopoty z poruszaniem się, był bardzo słaby. Gdy wtedy szliśmy za nim pod pomnik, wielu z nas domyślało się, że być może to już ostatni raz. Niestety, mieliśmy rację – mówi jeden z przyjaciół zmarłego.













