Film
Kino rozlicza się z historią
Gdynia 2009: Nareszcie pojawiły się filmy, na jakie czekaliśmy: mocne, niejednoznaczne, unikające zbyt łatwych osądów
Filmowcy rozliczają PRL. Coraz ciekawiej. Doświadczenia lustracyjnych pomówień i krzywd, przez które przeszliśmy w ostatnich latach, pozostawiły ślad w naszym myśleniu o przeszłości. Ośmieszyły czarno-białe podziały. Twórcy nie rezygnują z ostrych ocen, ale dostrzegają złożoność tamtego czasu. Szukają nowego spojrzenia na historię.
Film Borysa Lankosza „Rewers” jest w Gdyni na ustach wszystkich. 36-letni debiutant, który wcześniej zrealizował kilka interesujących dokumentów (m. in. obsypany nagrodami „Rozwój” i „Obcego VI”) zrobił film, który nowocześnie żongluje między dramatem psychologicznym, thrillerem a czarną komedią. Jego bohaterką jest spragniona miłości stara panna z inteligenckiej rodziny, którą zaczyna się interesować przystojny mężczyzna.
Dziewczyna jest w siódmym niebie, ale amant okazuje się funkcjonariuszem UB i szantażem próbuje zmusić ukochaną do donoszenia na kolegów z pracy. Jednak są granice, których Sabina nie przekroczy. Zdesperowana zdecyduje się raczej na zbrodnię niż na niegodziwość i sprzeniewierzenie własnym zasadom. Niestety, życie dopisuje sprawie własny epilog. Sabina spodziewa się dziecka, którego ojcem jest ubek. Całą tę historię będzie wspominać stara kobieta, która na lotnisku czeka na syna.
W moralnym bagnie
Film Lankosza, na pierwszy rzut oka przerysowany i chwilami niemal groteskowy, ma w sobie prawdę o latach 50. Niesie zaskoczenia, stroni od łatwych ocen. Jest znakomicie zagrany przez Agatę Buzek i Marcina Dorocińskiego, obok których świetne kreacje tworzą też Krystyna Janda i Anna Polony w rolach matki i babki Sabiny. Czarno-białe zdjęcia Marcina Koszałki potęgują wrażenie realizmu i zwyczajności.
Do roku 1978 cofa się Wojciech Smarzowski w filmie „Dom zły”. W małej wiosce w Bieszczadach, tuż obok PGR, zostaje popełniona koszmarna zbrodnia. Giną trzy osoby: dwóch mężczyzn i kobieta. Cztery lata później porucznik milicji Mróz przeprowadza w starym domu wizję lokalną z podejrzanym o morderstwo mężczyzną, który w tamten wieczór przyjechał w Krośnieńskie, by zacząć nowe życie po rodzinnej tragedii. I znów, jak w „Rewersie”, obok sensacyjnej zagadki jest tu drugie dno. Polityczne.
Mamy rok 1982, stan wojenny. Porucznik dokopuje się w śledztwie do afer korupcyjnych, jakie miały miejsce w PGR. Wszystko toczy się w moralnym bagnie, w czasie wizji wódka leje się strumieniami. – Przyszła dyrektywa, żeby bandytów wyrzucać z kraju, mieszać razem z emigracją polityczną – mówi przełożony porucznika. – Po pierwsze upaprzemy na Zachodzie obraz „Solidarności”. Po drugie pozbędziemy się elementu. On sam ma niejedno do ukrycia. A to szantażuje podwładnego, a to kusi go mirażami służbowego poloneza i awansu do stolicy. Wszyscy donoszą na wszystkich. – Wy macie coś na mnie, ja mam coś na was. Jest remis – mówi jeden z policjantów.
I z „Rewersu”, i z „Domu złego” człowiek wychodzi porażony. Na czym polega siła tych filmów? Otóż pokazują one zwyczajne życie i ludzi, którym na co dzień przyszło żyć w tamtym świecie. Wśród afer, poczucia siły miejscowych notabli, korupcji, donosicielstwa, rozmaitych układów. Czasem umiejąc się temu wszystkiemu oprzeć, czasem nie. Kiedyś podobnie robił filmy Krzysztof Kieślowski. W „Personelu” młody chłopak w ostatniej scenie siedzi nad kartką papieru, trzyma w ręku pióro. Podpisze donos czy nie? Kieślowski zostawił odpowiedź widzowi. Lankosz i Smarzowski stawiają kropkę na „i”. Ale i oni zadają dużo więcej pytań, niż dają odpowiedzi.
Opozycja odarta z legendy
W ten nurt trudnych polskich rozliczeń wpisuje się też nowy film Janusza Morgensterna „Mniejsze zło”, zrealizowany na motywach prozy Janusza Andermana. To z kolei próba rozliczenia pokolenia „Solidarności”. Znów trudna. Bohater filmu, młody poeta, który trochę przez przypadek włączył się w działalność opozycji, jest postacią nikczemną. Oszustem, który kradnie innym teksty, i łobuzem bez charakteru wykorzystującym materialnie kobiety.
Anderman w swojej powieści obszedł się z nim bardziej bezwzględnie, Morgenstern dał mu szansę powrotu na prostą drogę. Ale ten obraz, pokazujący tak ponurą wizję naszego społeczeństwa, że wyszłam z niego chora, może okazać się bardzo ważny. Jest bowiem próbą odbrązowienia historii, odarcia jej z bohaterszczyzny, oddzielenia ziarna od plew.













