Piłka nożna
Pożegnanie z Afryką
Polacy raczej nie pojadą na mistrzostwa świata. Mecz w Belfaście był najgorszym występem reprezentacji prowadzonej przez Leo Beenhakkera (Irlandia Północna - Polska 3:2)
Artura Boruca po meczu przez strefę, gdzie piłkarze udzielają wywiadów przeprowadziła ochrona. Kilka minut wcześniej polski bramkarz uściskiem dłoni podziękował wszystkim przeciwnikom. Kiedy schodził do szatni kibice na Windsor Park dalej śpiewali o nim piosenki. Śpiewali o tym, że Artur Boruc jest ich bohaterem, że wreszcie bramkarz Celticu Glasgow zrobił coś dobrego dla protestantów.
Boruc stał się ofiarą samego siebie. Tym razem nikogo nie prowokował, nie żegnał się przed trybuną irlandzkich kibiców, nie miał pod bluzą koszulki z wizerunkiem papieża, ale show, które urządza od lat zniszczyło marzenia reprezentacji o mistrzostwach świata. Trener rywali Nigel Worthington przyznał później, że kazał każdemu swojemu piłkarzowi wywierać na Borucu jak największą presję, mówić do niego, nie uciekać z pola karnego, gdy wybijał piłkę. Swoje dołożyli też kibice i Polak nie wytrzymał.
Była 10. minuta, kiedy gospodarze strzelili pierwszego gola. Boruc grał pod słońce, losowanie stron wydawało się mieć w tym meczu olbrzymie znaczenie. Ze zbyt głębokim dośrodkowaniem nie poradził sobie ani nasz bramkarz, ani Jakub Wawrzyniak, który patrzył na Boruca, który nie wiedzieć czemu postanowił nie interweniować. Piłka trafiła do Warrena Feeneya i trzeba było odrabiać straty. Jeszcze gorzej było po godzinie gry, gdy Polacy musieli odrabiać straty po raz drugi i okazało się, że słońce w tym meczu nie odgrywa decydującej roli, bo drużyna Leo Beenhakkera źle gra także po przerwie. Było już 1:2, atakowali Irlandczycy, ale piłkę przejął Michał Żewłakow i podał swojemu najlepszemu przyjacielowi - Borucowi. Mocno, w światło bramki, czyli tak, jak nie podaje się nawet w juniorach, bo trener od razu zdejmuje z boiska. Żewłakow wiedział, że nawierzchnia na Windsor Park bardziej od boiska przypomina kartoflisko, wiedział też o tym bramkarz, jednak nie próbował opanować piłki, tylko chciał od razu wykopać ją w przód. Nie zdołał, podskoczyła na nierówności i wpadła do bramki. Identycznie, jak dwa lata temu Paulowi Robinsonowi w meczu Anglików z Chorwacją. Powtórki tamtego gola biły rekordy popularności w Internecie przez wiele miesięcy. Teraz Robinson ma silną konkurencję.
Boruc zawalił mecz reprezentacji drugi raz z rzędu, w ostatnim jesiennym spotkaniu w końcówce meczu ze Słowacją przepuścił dwa gole, za które musiał przepraszać kolegów z drużyny. W sobotę podobno nie przepraszał, w szatni panowała cisza.
Bramkarz Celticu Glasgow nie wiedział jeszcze, że w tym meczu w ogóle miał nie zagrać, jego pozycja w kadrze - także ze względu na zachowanie poza boiskiem - bardzo spadła.
O 13:17 rzecznik prasowy Marta Alf wysłała do dziennikarzy informację, że Łukasz Fabiański ma infekcję jelit i zostanie w hotelu. Wydawało się nawet, że wreszcie zdenerwował się, że mimo dobrej formy znowu będzie tylko numerem dwa. Fabiański jednak wezwał lekarza do pokoju o siódmej rano, kiedy Beenhakker składu jeszcze nie ogłosił. Po meczu trener przyznał, że postawił na Boruca, bo musiał. Łukasz Załuska nie ma żadnego doświadczenia w kadrze.
Problemem polskiej reprezentacji w Belfaście nie był jednak sam Boruc. Przed meczem wątpliwości nie dotyczyły tylko zestawienia jednej formacji - obrony, która miała być solidna i szczelna, tymczasem po pół godzinie trzech z czterech zawodników miało już za sobą poważne błędy, po którym mogliśmy stracić gola, lub - jak w przypadku Wawrzyniaka - straciliśmy.
Żewłakow z Dariuszem Dudką podawali piłkę przeciwnikom. Marcin Wasilewski, który w pierwszej połowie prezentował się najlepiej, dołączył do kolegów na początku drugiej, kiedy nie upilnował Jonathana Evansa, a ten zdobył gola na 2:1 dla Irlandii. Pół godziny po boisku biegał Jakub Błaszczykowski, ale drużyny nie zbawił. Dużo więcej dało wejście Marka Saganowskiego za Ireneusza Jelenia. Piłkarz Auxerre wrócił do kadry, strzelił gola na 1:1 w pierwszej połowie, ale najczęściej, gdy dostawał piłkę, bardzo szybko ją tracił. Saganowski wszedł na ostatnie 20 minut i okazało się, że piłkarz, który umie walczyć z Wyspiarzami był w stanie zagrozić bramce rywali częściej niż wszyscy inni zawodnicy razem wzięci. W 82. minucie chybił minimalnie, w doliczonym czasie gry zdobył bramkę pocieszenia na 2:3. Jako jedyny zostawił po sobie w Belfaście dobre wrażenie. Reprezentacja ery Beenhakkera zatoczyła koło. Mecz z Irlandią Północnym marnością można porównywać tylko ze spotkaniem z Finlandią na inaugurację eliminacji mistrzostw Europy 2008. Wtedy w Bydgoszczy Polacy przegrali 1:3, ale był to początek pracy Holendra z naszą reprezentacją. Teraz trzeba wymagać więcej, a koszmarem Boruca nie da się wszystkiego wytłumaczyć. Zgrupowanie we Wronkach pełne przecież było optymizmu, bo polscy piłkarze wreszcie zaczęli regularnie grać w swoich zagranicznych klubach. Po spotkaniu z Irlandią Północną trudno wytłumaczyć dlaczego.















