Publicystyka
Potomek cesarza Walensa
Nie można zrozumieć fenomenu Wałęsy bez zwrócenia uwagi na jego wybujałą pychę. Bez niej nie zdobyłby się na krok, który do dziś stanowi jego największą dziejową zasługę – pisze publicysta „Rzeczpospolitej” Rafał A. Ziemkiewicz
Mit walczy z kontrmitem, biała legenda z czarną. Z jednej strony mieliśmy konferencję gromadzącą solidarnościowy salon odrzuconych, na której Anna Walentynowicz wezwała do napisania historii na nowo. Z drugiej – urządzono wielką fetę w rocznicę przyznania Lechowi Wałęsie Nagrody Nobla. Oczywiście Wałęsa ma co świętować, ale trudno nie zauważyć, że chodzi w tym jubileuszu o zagłuszenie demaskatorskiej książki Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka.
Archiwa nie kłamią
Jest bardzo charakterystyczne, że w toku histerycznej i pełnej obelg kampanii przeciwko historykom IPN nawet najbardziej zagorzali ich wrogowie nie próbowali zaprzeczyć faktowi współpracy młodego Wałęsy z SB, argumentując raczej, że wobec ogromu późniejszych zasług i symbolicznej roli nie należy go dziś o to pytać. Również analiza kolejnych sprzecznych ze sobą wyjaśnień samego Wałęsy, rozciągających się od pompatycznych przysiąg, że nic nie miało miejsca, po stwierdzenie, iż prowadził z bezpieką grę, przekonuje, że archiwa nie kłamią.
Dla świata sprawa agenturalnych uwikłań późniejszego przewodniczącego "Solidarności" i prezydenta RP nie jest, wbrew histerii jego obrońców, żadną sensacją. Wystarczy zerknąć do wydanych przed laty dokumentów KGB, znanych jako "Archiwum Mitrochina", i znaleźć w indeksie hasło "Bolek" opatrzone adnotacją "see Lech Walesa" oraz numerem strony (oczywiście w wydaniach zachodnich, polskie zostało w tym punkcie ocenzurowane). Nikt, przynajmniej na razie, nie zaryzykował tezy, że peerelowska SB ośmieliła się sowieckim mocodawcom podłożyć fałszywkę.
Nie ma więc sensu kłócić się, czy Wałęsa był "Bolkiem", można najwyżej wypierać ten fakt ze świadomości za pomocą krzyku, obelg i hucznych obchodów. Jest sens zastanawiać się, co z tego wynika. W moim przekonaniu wiedza ujawniona w książce IPN pozwala nam lepiej zrozumieć meandry fatalnej dla Polski prezydentury Wałęsy i przyczyny jego politycznych wolt po roku 1989.
Ale także daje możliwość zweryfikowania koturnowej legendy o spiżowym herosie i wspierających go zawsze, jednomyślnych bohaterach opozycji (w liczbie ograniczonej tylko do tych, którzy byli przy nim w chwili zawierania kontraktu przy Okrągłym Stole, względnie dziś ten kontrakt afirmują).
Żeby przez zasłonę snutych dla doraźnych potrzeb mitów i bajęd dopatrzyć się prawdy i zobaczyć w Wałęsie człowieka, nie można nie wziąć pod uwagę świadectwa byłych działaczy WZZ. Co nie znaczy, że należy słuchać ich bezkrytycznie. Wypowiedzi Andrzeja Gwiazdy, Krzysztofa Wyszkowskiego i Anny Walentynowicz naznaczone są bowiem zbyt wielką goryczą, której przyczyny łatwo zresztą zrozumieć.
Charyzma, czyli pycha
Wałęsa przecież tym niezwykle odważnym i wielce zasłużonym ludziom "ukradł" ich największe życiowe osiągnięcia, jakimi były sierpniowy strajk i "Solidarność". Ukradł w takim sensie, w jakim się mówi, że aktor ukradł spektakl.
Wbrew legendzie, budowanej w dużym stopniu przez niego samego, przed rokiem 1980 Wałęsa nie był żadnym przywódcą, wokół którego grupowali się bojownicy przeciwko komunizmowi. Był jedynie człowiekiem o ogromnych ambicjach (już na początku lat 70., jak wspominali koledzy ze stoczni, opowiadał im w chwilach szczerości, że będzie rządził), ale na tyle nieistotnym, że zerwanie przezeń agenturalnych więzów SB przyjęła bez specjalnej reakcji. Ot, drobny aktywista wyrzucony ze stoczni za awanturowanie się o warunki pracy i BHP.
Gdy został w 1978 roku wprowadzony przez Wyszkowskiego do WZZ, długo jeszcze nie potrafił w swym myśleniu wyjść poza drobne stoczniowe bolączki, złe traktowanie robotników przez brygadzistów etc.
Wałęsa znany nam dziś zaczyna się od sierpniowego strajku. W przygotowaniach do niego nie brał udziału, dotarł do stoczni z opóźnieniem. Ale wśród działaczy WZZ był jedynym autentycznym robotnikiem (Walentynowicz, jako kobieta, przywódcą zostać nie mogła) i tylko on mógł stanąć na czele strajku. Nikt nie spodziewał się, że niewiele dotąd znaczący "prawdziwek" w ciągu kilku zaledwie dni wyemancypuje się na narodowego lidera, którego już po prostu nie można będzie krytykować ani pytać o dawne błędy.














