Publicystyka
KRUS – czyli jak podzielono Polaków
Cała Polska stoi na branżowych przywilejach. Adwokaci płacą podatek liniowy, górnicy idą bardzo wcześnie na emeryturę, nauczyciele mają krótki tydzień pracy, a księża sprowadzają samochody bez cła.
O Kasie Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego pisze się ostatnio i mówi dużo, niestety niezbyt mądrze. Króluje stereotyp: pazerni rolnicy i cwaniacy udający rolników okradają budżet, gdyby nie okradali, toby starczało pieniędzy na wszystkie potrzeby. Postulowana reforma KRUS przedstawiana jest przy tym jako znaczący element naprawy finansów publicznych, choć oczekiwania wobec niej są jawnie niespójne – z jednej strony politycy chcą zwiększyć obciążenia rolników na rzecz systemu ubezpieczeń społecznych, z drugiej zgodnie uznają konieczność zachowania KRUS jako swego rodzaju instytucji socjalnej poprawiającej byt ubogiej ludności wiejskiej.
Pelargonia i złota rybka
Pisząc na ten temat, nie mogę pominąć faktu, że jako współwłaściciel 5,5-hektarowego gospodarstwa rolnego, niezatrudniony na etacie ani nieprowadzący działalności gospodarczej i utrzymujący się wyłącznie z honorariów autorskich, jestem przez prawo traktowany jako rolnik. Bywa to co i raz obwieszczane przez funkcjonariuszy salonu jako wielka sensacja, w takim tonie, jakbym zarejestrował się w KRUS na doniczkę z pelargonią albo akwarium ze złotą rybką; nie mogąc doszukać się na mnie żadnego lepszego haka, ten i ów usiłuje przekonać czytelników czy widzów, że kryzysowi ubezpieczeń społecznych winien jest oszust Ziemkiewicz, który zamiast za biurkiem bezczelnie siedzi sobie przez całe lato na wsi przy grillu, dosyłając teksty do gazety e mailem.
Faktem jest, że swego czasu sam publicznie nawoływałem, aby każdy, kto tylko może, kupował ziemię i rejestrował się w KRUS, traktując to jako formę obywatelskiego nieposłuszeństwa; sądziłem, że masowa ucieczka z ZUS zmusiłaby władzę do likwidacji tego nonsensu, jakim jest osobna kasa ubezpieczeń dla rolników. Ucieczka taka nastąpiła rzeczywiście – skromnie przyznam, że nie za moją sprawą – ale władza zareagowała całkiem odwrotne, niż powinna, to znaczy zamiast KRUS zlikwidować, skupiła się na jej pracowitym uszczelnianiu, odbierając ubezpieczenie posiadaczom ziemi rolnej gdziekolwiek zatrudnionym lub prowadzącym działalność gospodarczą.
W ten sposób państwo stworzyło potężny antybodziec dla ludzi siedzących bezużytecznie na wsi, których powinno właśnie ze wszech sił aktywizować; tymczasem wiążąc podejmowanie przez nich działalności zarobkowej z progiem kilkusetzłotowej składki na ZUS i NFZ (na prowincji suma ogromna), wręcz zmusza się ich do bierności.
Dla pasożytów
W ten sposób doszliśmy do pierwszej i podstawowej sprawy, od której trzeba każdą dyskusję o KRUS rozpoczynać. Otóż istnienie KRUS nie ma żadnego uczciwego uzasadnienia, jest to instytucja, której utworzenie było jednym z najbezczelniejszych skoków na kasę w dziejach III RP. Pozostawmy na boku dyskusję, czy i jakie składki powinni płacić rolnicy – załóżmy nawet na chwilę, że pod tym względem obecne rozwiązania są dobre. Nie ma żadnego rzeczywistego powodu, by nie mogli ich płacić w tym samym ZUS, co wszyscy. Ten ZUS obsługuje przecież konta prowadzone według bardzo różnych zasad, zarówno pracowników najemnych, jak i drobnych przedsiębiorców, oraz parę branż mających swoje osobne przywileje emerytalne. Mógłby równie dobrze obsługiwać i rolników, co zresztą robił przez dłuższy czas w PRL.
Dlaczego zatem wolna Polska wydzieliła ubezpieczenia rolnicze z ogólnej puli? Wyłącznie po to, aby organizacje rolnicze (pamiętajmy, że bez wsparcia którejś z nich nie sposób w III RP rządzić) miały na czym pasożytować. Podczas gdy związki robotnicze pasożytują z powodzeniem na pracodawcach zobowiązanych prawem do fundowania ich działaczom pensji i biur, członkowie związków rolniczych sami są własnymi pracodawcami – a przecież nie będą się utrzymywać ze składek. Dzięki wydzieleniu ubezpieczeń rolniczych z puli ogólnej mają zaś do podzielenia między siebie radę nadzorczą (50 najzupełniej zbędnych stanowisk), liczne synekury w regionach i przede wszystkim tak zwany "fundusz składkowy".
Niedawna fala oburzenia na panujący w KRUS nepotyzm całkowicie więc pomijała fakt, iż PSL po prostu użytkuje tę instytucję zgodnie z jej przeznaczeniem, podobnie, jak czyniła to wcześniej Samoobrona i różne drobniejsze związki oraz partie z ludem bądź rolnictwem w nazwie.













