Jedwabne
Wspólne kresy, różne historie
Tej książki trudno nie zauważyć. Liczy półtora tysiąca stron i jest najobszerniejszym dziełem, poświęconym wschodnim ziemiom dawnej Rzeczpospolitej w latach 1772-1999. Co ważne, "Europa nieprowincjonalna" została pomyślana w ten sposób, że nie przedstawia tylko polskiego spojrzenia. Wśród 124 autorów są bowiem także autorzy z Litwy, Łotwy, Białorusi, Ukrainy, Rosji, Izraela oraz z Francji, Anglii i Stanów Zjednoczonych. Teksty (mające swe streszczenia po angielsku) zawarte są w rozdziałach, traktujących kolejno o kresach jako zjawisku terytorialnym, politycznym i kulturowym, narodach i religiach, społeczeństwie ziem wschodnich - o konfliktach, postawach, współpracy, wojnach i partyzantce w XX wieku oraz eksterminacji ludności.
Artykułom naukowym towarzyszą, co należy uznać za drugi udany pomysł, wspomnienia ludzi, którzy pamiętają kresy sprzed wojny i z lat wojny. A wspominają również nie tylko Polacy, ale Litwini, Białorusini, Ukraińcy, Żydzi, Tatarzy. Tytuł każdej relacji zaczyna się od słów "Mój", "Moje", po czym następuje nazwa rodzinnej miejscowości. Nie można było lepiej podkreślić, że ziemie wschodnie dawnej Rzeczpospolitej, o których mówimy "kresy wschodnie" (w domyśle - nasze), były ojczyzną wielu narodów. A zatem i punkty widzenia historyków i świadków na te same procesy czy też wydarzenia będą często różne. A to z kolei sprawia, że lektura "Europy nieprowincjonalnej" nierzadko burzy dobre samopoczucie, budzi czasem sprzeciw, bywa momentami przykra.
W oczach naszych i obcych
Kresy w polskich oczach podlegają idealizacji, jak wszystko, co zostało utracone. Bracia Andrzej Samuel i Jerzy Kostrowiccy oraz Zbigniew Koźliński, wychowani przed wojną w dworach, wspominają swe "sielskie-anielskie" dzieciństwo, staropolski styl życia, patriotyczną i patriarchalną atmosferę. Jest jednak też przejmująca relacja Jana Kurkurowickiego, ukazującą nędzę i brutalne i prymitywne stosunki społeczne na wołyńskiej wsi. Zapałka naprawdę była dzielona na czworo. Jednak najbardziej dramatycznym kontrapunktem wobec wyidealizowanej wizji kresów oraz wspomnień ze szczęśliwego dzieciństwa w polskim dworze są okrutne wydarzenia lat wojny, podczas których dotychczasowa sympatia, tolerancja, ale i izolacja - czy też niechęć między różnymi narodowościami - ustąpiła eksplozji nienawiści i zemsty. Polała się krew.
We wspomnieniach, opublikowanych w książce, znajdziemy, nie tylko ze strony polskiej, opinie, że do wojny nie było konfliktów i waśni między narodami, zamieszkującymi kresy, że panowała tolerancja. Zgodna jest w tym względzie opinia Wiktora Gójdzia, Białorusina i Anny Kowalskiej, Polki - obojga z Nowogródka. Tatar, Józef Smolski, pisze: "Z katolikami i Żydami żyliśmy w zgodzie". Jude Bojarski, który miał przyjaciół katolików, zapamiętał, że ludzi dzieliło nie tyle wyznanie, ile status społeczny. "Biedni przyjaźnili się z biednymi, bogaci z bogatymi". Ale też jest polskie świadectwo (Tadeusz Czarkowski-Golejewski) naszej pogardy dla Ukraińców i drwin z nich. Białorusin, Afanasij Cychun, zapamiętał kpiny z jego pochodzenia i z nazwiska w szkole, pogardę dla Białorusinów i ich języka ze strony nauczycieli.
To też przyczyniało się do powiększenia pokładów niechęci. I odwrotnie: szacunek ze strony Polaków był bardzo doceniany. Jeden ze wspominających ziemian pisze, że miejscowi Ukraińcy zapewnili podczas wojny mieszkańcom dworu bezpieczeństwo. Swoim nic nie zrobią, a obcych nie dopuszczą: "To, że Twój ojciec był dobry - powiedział chłop - że dawał krowę na posag lub drzewo, to nic. Pan powinien dawać. Ale wyście się nas nie wstydzili, chodziliście na nasze wesela, nie pogardzaliście nami i jedliście z nami z jednej miski palcami. Możecie sobie tu spokojnie siedzieć, tu jest wasz dom".
Czas apokalipsy
Na wszystkie piękne wspomnienia Polaków o kresach kładzie się głębokim cieniem okres II wojny światowej. Koniec polskich kresów wschodnich był wręcz apokaliptyczny.
Lata 1939-1945 to okres tragiczny dla ludności kresów, niestety, nie tylko z racji zbrodni niemieckiego i sowieckiego okupanta, lecz także wzajemnych nienawiści, walk i mordów między zamieszkującymi kresy. Lwowianka Larysa Kruszelnyćka (dziś dyrektor Biblioteki im. Stefanyka, mieszczącej także pozostałe we Lwowie zbiory Ossolineum), zapamiętała, że jej matka we wrześniu 1939 r. powiedziała na widok rzuconych na ziemie polskich czapek policyjnych: "skończyło się wreszcie". Są w książce relacje o rabunku dworów w 1939 r. przez ukraińską ludność, ale też i pomocy z jej strony. Tadeusz Czarkowski-Golejewski pisze, że ci sami chłopi, którzy obrabowali dwór, pojechali do władz sowieckich z prośbą o uwolnienie jego właściciela. W innym przypadku białoruscy chłopi tworzyli "milicję ludową", która obroniła dwór w Czarnowszczyźnie przez pijaną bandą. Chłopi przechowywali, a następnie oddawali właścicielom rzeczy z dworu Kostrowickich w Kościeniewie.














