Opinie

Szantażowanie pamięcią

Profesor Bronisław Geremek
Fotorzepa, Seweryn Sołtys
Spór o to, jakie miejsce w historii ostatnich 30 lat będzie zajmował Bronisław Geremek, i jak dziś pamiętamy wydarzenia sprzed 20 lat, jest sporem o naszą tożsamość – pisze Michał Szułdrzyński
Słuchając rozmaitych wypowiedzi po śmierci prof. Bronisława Geremka – postaci bez wątpienia wyjątkowej – można było odnieść wrażenie, że umarł urzędujący premier albo nawet prezydent. Emfaza czy przesada w mowie pogrzebowej nie jest niczym dziwnym ani nagannym. Każdy uczestnik życia publicznego, do którego dzwonią dziennikarze, chce błysnąć celną myślą, dykteryjką albo metaforą, która przebije się w nawale wspomnień o zmarłym.
Sęk w tym, że utrudnia postawienie bolesnego pytania o wszystkie polityczne wybory zmarłego. Jak na przykład wytłumaczyć komuś, kto przyjechałby do Polski z Kirgizji (z całym szacunkiem dla Kirgizów), nic na temat naszego kraju nie wiedząc, że zmarły nie był emerytowaną głową państwa ani nawet wyłącznie „postacią historyczną”, lecz członkiem partyjki, która oscyluje dziś na granicy progu wyborczego. Dlaczego Bronisław Geremek – wraz z dużą grupą (piszę to bez ironii) ojców polskiej demokracji uległ politycznej marginalizacji? I dlaczego diagnoza problemów postawiona przez siłę polityczną, z którą profesor Geremek u zarania III RP się związał, okazała się tak nietrafna? Pytań tych jednak niemal nikt nie postawił. Może dlatego, że mowy pogrzebowe nie są dobrym miejscem do tego, aby rozpoczynać dyskusję nad trafnością życiowych wyborów. Ale ważniejsze jest chyba to, że wszystko, co powiedziano po śmierci profesora, miało wykluczyć jakąkolwiek dyskusję. Miało wpisać zmarłego w określoną polityczną wizję i moralnie zaszantażować tych, którzy ośmielą się z nią nie zgodzić.
Wbrew pierwszemu wrażeniu, że komentarze i atmosfera po śmierci Bronisława Geremka były kulturalne, w licznych wypowiedziach przebijały te same oskarżenia, ta sama argumentacja, co zwykle. Przypominało to mordowanie laleczki wudu szpilą z napisem „ciemnogród”. Bo najważniejszym elementem interpretacyjnego sporu o prof. Geremka było znalezienie odpowiednich epitetów dla jego przeciwników. Był to czytelny sygnał dla potencjalnych krytyków: każdy, kto ośmieli się wziąć pióro do ręki, by nie pisać panegiryku, zostanie odpowiednio nazwany. Środowisko „Gazety Wyborczej” już wcześniej śmierć autorytetów wykorzystywało do swych politycznych celów. Ze sporym sukcesem. Uczyniono tak po śmierci dwóch wielkich poetów: Czesława Miłosza i Zbigniewa Herberta. Z talentu pierwszego, który podzielał polityczne poglądy środowiska „GW”, zrobiono pałkę na politycznych przeciwników. Z drugiego, który ze środowiskiem był w sporze – zrobiono wariata. Pogrzeb noblisty Adam Michnik wykorzystał do kolejnego wskazania, kto swój, a kto obcy. Krytyków Miłosza sprowadził do kołtunów i podleców: „nie było pewnie polskiego pisarza, nad którym polska kołtuneria wszystkich barw politycznych pastwiłaby się równie okrutnie i podle” – podkreślał. Oczywiście odnosił się do lustracji: „Wyczułeś bezbłędnie, Czesławie, czym jest piekło kartoteki. To piekło, które pochłonęło miliony istnień ludzkich, do dzisiaj zaraża swym jadem trucicielskim zastępy chorych na podejrzliwość miłośników ubeckich raportów – tej osobliwej pornografii naszej epoki”. Osoba, która dopuściłaby myślozbrodnię, jaką jest chęć oceny życia publicznego i rozliczenie łajdactw PRL, która chciałaby pokazać bohaterów i zdrajców, stawała się pornografem, człowiekiem małym, kołtuńskim i podłym. Wydarzeniem, które pomogło zakleić usta ewentualnym krytykom Miłosza, był rachityczny protest przeciwko pochowaniu go Na Skałce. Spór Wawel, Na Skałce czy Aleja Zasłużonych urósł do rangi sporu o pamięć, sporu pomiędzy ciemnogrodem a zamkniętym światem jednego środowiska politycznego. Przeciwników pochówku Na Skałce szantażowano Janem Pawłem II (krytyka wieszcza miała być niezgodna z duchem papieskiego dialogu z kulturą), a nawet – jak to zrobił abp Życiński – porównano ich do autorów PZPR-owskiej propagandy. W efekcie dziś można śmiało dyskutować o poezji Miłosza, lecz na temat jego poglądów politycznych po 1989 – już nie. Jeszcze bardziej instrumentalnie wykorzystano zmarłego dokładnie dziesięć lat temu Zbigniewa Herberta. Tuż po jego śmierci „Gazeta Wyborcza” wydrukowała wywiad z Herbertem z… 1980 roku, by zbagatelizować fakt, że poeta niezwykle krytycznie odnosił się do politycznych koncepcji tej redakcji. Później zaś, w – stanowiącej już chyba wzór manipulacji – rozmowie z wdową po poecie odmienność jego politycznych postaw wyjaśniono kłopotami z alkoholem, zdrowiem psychicznym, niewiernością małżeńską albo tym, że po prostu był „naiwny jak dziecko” w sprawach bieżących. Nauczeni doświadczeniem przyjaciele Bronisława Geremka już w pierwszych chwilach po jego odejściu przystąpili zatem do akcji. Pierwszy trop wyznaczył Krzysztof Kozłowski, wymachując potężną pałką antysemityzmu. „Część polskiego społeczeństwa nigdy nie darowała Geremkowi tego, że był Żydem” – mówił w TVN 24. Śmierć autorytetów środowisko „Gazety Wyborczej” już wcześniej wykorzystywało do swoich politycznych celów W podobnym tonie pisał publicysta „Polityki” Jacek Żakowski, pokazując prof. Germka, jako bohatera zalewanego przez fale anonimów demaskujących jego żydowskie korzenie. Wtórował im Tadeusz Mazowiecki. – W polskim piekle nam wyznaczono miejsce obok siebie, obrywaliśmy cięgi zawiści i małości – mówił. Dowiadujemy się więc, że prócz antysemitów Geremka krytykowali ludzie mali i zawistni, pełni żółci. „Energia, którą źli ludzie zużyli, by go zdezawuować, wystarczyłaby do oświetlenia sporej aglomeracji” – dodawał Żakowski, bo przecież dobrzy ludzie nie napisaliby pod adresem profesora Geremka złego słowa. I podsumowywał: „Miarą polskiego problemu jest to, jak wielu małych ludzi nie mogło go znieść obok siebie. A miarą jego siły było to, jak sobie z tym radził”. Według Adama Michnika z kolei przeciwnicy profesora to rodzimi kołtuni i demagodzy, gotujący mu „niegodziwości i nikczemności”. Naczelny „Wyborczej” postawił kropkę nad i, przyrównując paszkwil na Geremka do bolszewickiej propagandy. Starano się też za żadne skarby nie dopuścić do negatywnej oceny najbardziej kontrowersyjnego ostatnio zachowania prof. Geremka, czyli jego zaangażowania w protest antylustracyjny. Jacek Żakowski pisał: „Kuriozalne słowo „hańba”, gdy jako jedyny polski parlamentarzysta miał odwagę nie podporządkować się barbarzyńskiej wersji ustawy lustracyjnej”. Piotr Pacewicz opisywał swój zachwyt, gdy po własnym sprzeciwie wobec lustracji prof. Geremek wzywał: „Polaków do ulicznych demonstracji w obronie demokracji”. I znów prosty podział – komu nie podobało się postępowanie profesora, ten barbarzyńca, przeciwnik demokracji itp. Paradoksalnie najdobitniej wyraził to przyjaciel zmarłego Karol Modzelewski, ciesząc się, że Geremek przenosząc polskie spory na europejski grunt, dał prztyczka ówczesnym władzom Polski. W mowach pogrzebowych nie mogło zabraknąć odniesienia do najostrzejszego sporu ideologicznego – o Lecha Wałęsę, a właściwie o to, co można wyczytać z zachowanych dokumentów na jego temat. Adam Michnik przypomniał więc list przeciwników lustracji, którego inicjatorem był Geremek, w którym pracowników IPN nazwano policjantami pamięci. Najważniejsza jednak była, moim zdaniem, refleksja samego Lecha Wałęsy: „Gdyby został premierem albo prezydentem, to naprawdę dziś bylibyśmy gdzie indziej i dużo w świecie byśmy zdziałali”. Ponieważ Wałęsa stał się dziś symbolem ofiar IPN, litościwie nikt, poza politologiem Markiem Migalskim, nie wspomniał, że to właśnie Wałęsa w 1989 roku stanął na drodze Geremka do premierostwa. Ten zresztą odwdzięczył mu się rok później, popierając w wyborach prezydenckich Tadeusza Mazowieckiego. Ta wypowiedź jest ważna, bo pokazuje, że faulowanie przeciwników politycznych nad grobem zmarłego ma sens. Bo nie o samego profesora Geremka tu chodzi, lecz o pamięć. Odpowiednio podana może stanowić oręż w wielkiej batalii o interpretację wydarzeń, których 20. rocznicę będziemy niedługo obchodzić. Moralny szantaż i wylanie kubłów pomyj na politycznych oponentów Geremka (niektórzy obecni na pogrzebie cierpliwie je znosili) są elementem tej kampanii. Bo ważne są nie tyle prawdziwe biografie, ile symbole. Bo interpretacja życia Bronisława Geremka jest zarazem interpretacją postawy jednego z najwybitniejszych przedstawicieli środowiska solidarnościowej lewicy. To interpretacja jego młodzieńczej fascynacji komunizmem, rozczarowania partią, przejścia do opozycji, zaangażowania w „Solidarność”, Okrągły Stół, a później wojnę na górze i roli, jaką odgrywał w środowisku Unii Wolności. Zamknięcie ust politycznym oponentom ma sprawić, że zwycięży tylko jedna wersja historii ostatnich 30 lat. Jeśli się okaże, że obalenie komunizmu nie jest własnością całego narodu, lecz kilku osób – Lecha Wałęsy, Bronisława Geremka, Jacka Kuronia czy Adama Michnika – to tylko oni dostaną prawo do ustanawiania pamięci o tym wydarzeniu. Nie sposób przy okazji nie przypomnieć, że cała idea IV RP – zamordowana przez Leppera, Giertycha i nieudolność PiS – wynikała właśnie z odrzucenia panegirycznej wizji III RP. Przeciwko takiej wizji w wyborach 2005 roku wypowiedziało się trzy czwarte Polaków. Spór zatem o to, jakie miejsce w historii ostatnich 30 lat będzie zajmował Bronisław Geremek i jak dziś pamiętamy wydarzenia sprzed 20 lat, jest najważniejszym sporem o naszą tożsamość. Wciąż jeszcze mamy szansę, by nad 20-leciem III RP przeprowadzić rzetelną debatę, nie zamykając się w getcie środowiskowych haseł. współpraca Bartłomiej Radziejewski
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL